profil

Czy człowiek może być mocniejszy od dżumy?

poleca 85% 453 głosów

Treść
Grafika
Filmy
Komentarze

Czy człowiek może być mocniejszy od dżumy?

Pytanie, czy człowiek może być mocniejszy od dżumy, jest stare jak człowiek i dżuma. I to nie ta, którą znają pod specjalistyczną, łacińską nazwą medycy, ale dżuma sumienia i woli, choroba najgorsza z możliwych, bo nie niszcząca człowieka, ale człowieczeństwo.

Człowiek może być silniejszy od dżumy, ale musi chcieć się jej przeciwstawić. Sama wola jeszcze nie wystarczy, trzeba mieć siłę, aby wytrwać w postanowieniu stawienia oporu chorobie przez cały czas trwania epidemii, która zazwyczaj bywa przewlekła. Jednak kwestią najważniejszą w możliwości zwalczenia moralnej dżumy jest sam fakt jej rozpoznania. Ciężko bowiem dostrzec, że jest się nią zainfekowanym. Przychodzi niepostrzeżenie i w niezauważalny sposób niszczy ludzką osobowość.
Doktor Rieux, bohater "Dżumy" Camusa, nie miał tego problemu. Walczył z prawdziwą chorobą, był lekarzem, czuł wewnętrzny obowiązek dokładnego sprawdzania każdego zagrożenia. On pierwszy zauważył objawy choroby w mieście i on pierwszy zaczął o niej otwarcie mówić. Nie był urzędnikiem, nie należał do kręgu miejskiej rady, mógł więc mówić otwarcie, nie oglądając się na polityczne aspekty tego, co może swymi słowami wywołać. Rieux wolał dmuchać na zimne, niż przyjąć postawę oficjeli z Oranu, którzy zachowywali się jak orkiestra na "Titanicu", co wciąż grała, choć okręt szedł na dno.
W swojej surowej postawie moralnej doktor Rieux wytrwał do samego końca epidemii. Wybuch choroby był dla niego do pewnego stopnia ulgą, skończyło się pełne niepewności oczekiwanie, spekulacje ustąpiły miejsca nagiej, oczywistej prawdzie. Gdy zachorowania poczęły się mnożyć, doktor miał pełne ręce roboty i nie musiał się nad niczym zastanawiać. Walcząc z realną dżumą, został zupełnie uodporniony na jej moralną odmianę, która dotknęła część mieszkańców Oranu.
Uodporniony był również Jean Tarrou. Nie był on lekarzem, jednak także wyczulony został na ludzką krzywdę. Jego ojciec był prokuratorem, popierał wyroki śmierci i uczestniczył w ich wykonywaniu. Dla Tarrou to był wielki wstrząs. Nie zgadzał się ze światopoglądem ojca i czuł się w pewnym stopniu odpowiedzialnym za postępowanie rodziciela. Dlatego uodpornił się na moralną dżumę, z wielką wyrazistością dostrzegał ludzkie cierpienie i krzywdę i zawsze śpieszył z pomocą. Zmazywał w ten sposób część ojcowskiego długu, który ten zaciągnął wobec ludzkości. Toteż gdy Tarrou dowiedział się, że w Oranie może wybuchnąć epidemia, wcale nie próbował opuścić miasta, choć był przecież przyjezdnym. Co więcej, on jako pierwszy zgłosił się na apel doktora Rieux o pomoc przy tworzeniu ochotniczych zespołów sanitarnych do walki z chorobą i wytrwał jako najbliższy współpracownik doktora niemalże do samego końca epidemii. Niemalże, gdyż dżuma zabrała Jeana Tarrou jako jedną z ostatnich ofiar. Mimo to, choć choroba toczyła jego ciało, sumienie Tarrou było wolne od jakichkolwiek zarazków. Był bowiem na nie uodporniony.

Inni mieszkańcy miasta nie byli tak odporni na dżumę sumienia, jak Rieux i Tarrou. Nie mieli bowiem z tą chorobą żadnych doświadczeń. Jednak wielu z nich po pierwszym ataku moralnej epidemii wytworzyło w swym sumieniu przeciwciała, które pozwoliły im się ustrzec od zarazy. Najlepszym przykładem tych, co mimo kłopotów oparli się zarazie duszy, jest ojciec Paneloux. Początkowo uważał, że fizyczna zaraza zesłana została przez Boga jako karą na grzeszników. Grzmiał z ambony na wiernych, którzy przychodzili masowo do kościoła nie po słowa wyrzutów, a po otuchę i nadzieję. Tej Paneloux im nie dawał. Uważał, że ze względu na ich grzeszne życie ma im prawo jej odmówić.
Jednak pod wpływem filozoficznych rozmów z doktorem Rieux, Paneloux zauważa, że choć był zdrowy, już zaczęła go toczyć od środka choroba. Sam był bez grzechu, więc uważał, iż może wytykać go innym. W ten sposób rodził się w nim egoizm, pierwsza oznaka moralnej epidemii. Na szczęście ojciec Paneloux pojął, że kroczy złą drogą, która prowadzi wprost do zarazy duszy. Zawrócił z niej. Zaczął służyć społeczeństwu Oranu, zgodnie z tym, do czego został powołany. Przestał być społecznym wyrzutem sumienia. Ludzie mieli je i bez jego świętego gniewu. Wszak to niespokojne sumienie przyprowadziło ich do domu bożego. Paneloux stał się głosicielem nadziei i w ten sposób uchronił swe sumienie przed moralną zarazą. Dościgła go choroba ciała, ale umarł z czystą duszą.
Nie wszyscy ci, którzy uratowali swe człowieczeństwo przed moralną zarazą, ginęli od słabości ciała. Nie było takiej reguły. Potwierdza to postać Ramberta. On również oparł się chorobie woli (choć uważał to za powód do wstydu, był przecież nowoczesny), a mimo to i mimo zaangażowania, jakie wkładał w walkę z chorobą, przeżył. Zaś dzięki temu, że nie uciekł z miasta, zrozumiał, iż w życiu są ważniejsze rzeczy niż ciepły apartament i kieliszek dobrego wina. Poznał, jaka to przyjemność mieć świadomość, że jest się odpornym na dżumę woli.

Druga wojna światowa była okresem, który mocno sprzyjał wykluwaniu się zarazy osobowości. Miejsca takie jak obozy koncentracyjne były wręcz wymarzonym polem dla rozwoju tej epidemii. Jednak nawet tam zdarzali się ludzie, którzy potrafili oprzeć się szalejącej zarazie.

Do nich zalicza się bohater "Innego świata" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Chociaż w sowieckim łagrze szalała dżuma sumienia, on się jej nie poddał. Mimo że na porządku dziennym było zwątpienie, rezygnacja i przyzwolenie na dziejące się zło, Grudziński nie tracił nadziei. Ratował swe zagrożone człowieczeństwo okruchami lekarstw, które jednak znajdowały się w łagrze. Tymi lekarstwami były drobne ludzkie odruchy, które więźniowie przejawiali na co dzień. Drobne były to gesty - kromka chleba bezinteresownie podarowana choremu, kilka garści mąki przemyconych z rozładunku transportu dla zgłodniałych towarzyszy niedoli. One jednak pozwoliły się obronić Grudzińskiemu przed zakażeniem sumienia wirusem obojętności, który natychmiast pochłonąłby jego człowieczeństwo. Grudziński przeżył łagier i nie poddał się dżumie. Wyszedł z niego prawie takim samym człowiekiem, jakim był, gdy do niego wchodził. No, może tylko nieco schudł i miał świadomość, że dżuma tak łatwo go nie zmoże.
Lecz Grudziński był wyjątkiem. Dżuma w obozach pochłaniała setki i tysiące ofiar. Jedną z nich był Tadeusz Borowski, pisarz i więzień Oświęcimia. Borowski, co charakterystyczne dla opisywanej choroby, nie zauważył, kiedy się nią zaraził. Ona przychodzi pomału. Czyni tak nieznaczne postępy, że człowiek się do niej przyzwyczaja i nie zdaje sobie zupełnie sprawy z infekcji.

Tadeusz przystosował się do obozowej rzeczywistości. Nauczył się w niej żyć. Wiedział, jak postępować, żeby nie dostać się do gazu i mieć zawsze pełną miskę jedzenia, a przynajmniej lepszą od innych więźniów. Zobojętniał na ludzką krzywdę, nie interesował go los współwięźniów. Ze złośliwą satysfakcją straszył starego Bekera, że będzie wybiórka i ów pójdzie do gazu.
Choć na pozór może się wydawać, że Tadeusz całkiem nieźle się "urządził" w obozie, to tylko pozory. Wprawdzie nie zginął w nim od razu, a i potem śmierć mu w oczy nie zaglądała, ale utracił coś bardzo ważnego. Stracił swoje człowieczeństwo, pochłonęła mu je dżuma, a on tego nawet nie zauważył. Nie był już zdolny do normalnego życia. Umiał tylko wegetować w obozie, gdzie nie czuł zupełnie, jak pusty jest od wewnątrz, gdyż całą jego uwagę pochłaniało przeżycie każdego kolejnego dnia.
Jednak wojna się skończyła i bramy obozu się otwarły. Wówczas dopiero Tadeusz spostrzegł, jak wielkie spustoszenia w jego organizmie poczyniła moralna dżuma. Jednak za późno było na ratunek dla jego duszy. Stan choroby był tak zaawansowany, że nic już nie rokowało poprawy, nawet cud. I może się to wydać dziwne i niezrozumiałe, ale dżuma sumienia, której nie sposób wykryć medycznymi przyrządami, gdyż nie powoduje gorączki, plam, wrzodów, ani żadnych innych łatwo zauważalnych objawów, zabrała Tadeuszowi fizyczne istnienie. Borowski, nie mogąc sobie ze swym piętnem znaleźć miejsca na świecie, popełnił samobójstwo, dopisując tym samym epilog do swoich opowiadań i kończąc historię swojej choroby.

Bo choć człowiek może być mocniejszy od dżumy, to nie każdy potrafi się przed nią obronić, a już na pewno nie ten, który lekceważy niebezpieczeństwo infekcji w miejscu wzmożonego ryzyka.

Podoba się? Tak Nie

Czas czytania: 7 minut