Kolejna przeczytana książka.
Kolejne tanie romansidło, zakupione w jednym z niszowych dyskontów za jedyne 9.99 złotego- nie jest to nawet jedną setną moich miesięcznych przychodów, a nawet godziną ciężkiej pracy.
Kiedyś to było. Takk.. Z rozkoszą wspominam czasy dzieciństwa. Kiedy każdy otrzymany pieniążek wydawałam na słodycze. Jak to potrafiło ucieszyć dzieciaka!
Dziś kiedy jestem już nieco starsza i dojrzalsza, mam trochę ważniejsze potrzeby. Po zapłaceniu czynszu za moją ciasną klitkę oraz gaz, prąd i wodę- których notabene praktycznie nie używam- bo oszczędzam, zostaje mi jeszcze kilka złociszy na spełnienie luksusowych zachcianek. I nie mówię tu o słodyczach, bo i dieta mocno mnie trzyma. Z czasów dzieciństwa zmieniło się jeszcze jedno.. Zmieniłam strategię na karmienie swojego umysłu, a nie mojej Bambaryłki.
Lecz czy kilkaset stron oblanych toną miłostek, da mi taką radość jak ciasteczka czy czekoladki- bo te kochałam najbardziej! ?
Jak na dobrą powieść romantyczną przystało, nie obeszło się bez kolejnego happy endu.
D jest z H, choć był wcześniej chłopakiem jej przyjaciółki. Lecz ona się nie przejmuje znalazła swoje szczęście u boku T, który miał brać ślub z G. Czy ona teraz rozpacza? Ależ skąd! Nawiązała romans z przystojnym ortodontą. A wrócił do J, mimo że go zdradziła.
Po drodze napotykali problemy.
Ale wszystko skończyło się długim i szczęśliwym życiem każdego z bohaterów.
Ale wait, wait!
Przecież życie tak nie wygląda…
Życie nie jest serią niepowodzeń, która zostanie uwieńczona niesamowicie piękną nagrodą, za znoszone katorżnicze cierpienia.
Chyba, że dla Was jest.. to sorry, za stłamszenie Waszego światopoglądu.
Tak, tak, Córciu, Święty Mikołaj istnieje.
Więc czym w takim razie, jest to najstraszliwsze urzeczywistnienie koszmarów?
Jak dla mnie jest pasem zwycięstw i porażek. Wielką amplitudą, dynamicznie zmieniającą bieg. Choć możemy je upiększać, to chyba nigdy nie osiągniemy stałej nirwany, a przynajmniej tak mi się zdaje. Raz na wozie, raz pod wozem- jak to mówią. I tego bym się trzymała.
Więc po co karmię się tym stekiem bzdur?
Istnieje kilka oczywistych powodów:
*Im więcej się czyta, tym więcej można się dowiedzieć, o otaczającym nas świecie, nasze źródło informacji się poszerza, ale dzięki temu można też poznać prawdę o samym sobie. I tu nic odkrywczego- możemy odkryć, co lubimy, a czego nie, jaką ścieżkę chcielibyśmy obrać, a jakiej nie. Wiedza bezcenna.
*Co oczywiste, możemy też wzbogacić swoje słownictwo, ładniej się wyrażać, ładniej pisać. Bo przeczytane słowa i sformułowania, gdzieś w naszej podświadomości się umieszczają.
*Ulepszamy swoje ciało. Pewnie teraz zastanawiacie się, co ja bredzę. Nie chodzi mi przecież o sferę widoczną, tu Was pewnie rozczaruję, ale od czytania nie schudniecie. Poprawi się za to Wasz mózg oraz wzrok (pod warunkiem, że nie będziecie czytać w ciemności).
*No i jasne jest to, że czytaniem również zabijam czas, gdy mi się nudzi.
Ale jest jeszcze jeden powód.
Myślę, że ważny.
Dzięki konkretnie, (aż za) romantycznym książkom, buduje się we mnie nadzieja.
Nadzieja, że miłość istnieje.
I jeśli włożę w swój los nakład siły i cholernie się postaram, to będę szczęśliwa i taka też będę się czuć, oraz ze swoją mocą będę umiała bez większych trudów przejść przez problemy.
A właśnie na tym chyba każdemu zależy ?
Czyż nie?