profil

Porównanie sowieckich łagrów i niemieckich obozów koncentracyjnych

poleca 83% 232 głosów

Treść
Obrazy
Wideo
Komentarze

"Mów całą prawdę, jacyśmy byli, mów do czego nas doprowadzono."
Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat

II wojna światowa była inna niż wszystkie do tej pory znane ludzkości konflikty zbrojne. Nie chodzi tylko o postęp technologiczny w kwestii zbrojeń i technik walki, który dokonał się w XX-leciu międzywojennym. Przełamała ona powszechnie dotąd szanowane zasady prawa humanitarnego w momencie gdy III Rzesza skierowała całą machinę zagłady przeciwko ludności cywilnej. Fakt ten, niezwykle zresztą traumatyczny, odcisnął wyraźne piętno na polskiej i nie tylko polskiej literaturze. Na gruncie doświadczeń z łagrów i lagrów wyrosła literatura obozowa, będąca w znakomitej większości literaturą faktu, gdyż wielu pisarzy próbowało już po wyzwoleniu zdać na papierze relację z pobytu w rzeczonych obozach. Ostatnie zdanie może przywodzić na myśl paru literatów na wakacjach w Tunezji, ale...
Sowieckie łagry jak i niemieckie obozy są do dziś symbolem największego upodlenia człowieka, jego uprzedmiotowienia i degradacji. Jak pisze Herling-Grudziński "[…] nie ma takiej rzeczy, której by człowiek nie zrobił z głodu i bólu". Myślę, że gdyby Maksim Gorki zobaczył choć jednego więźnia tych miejsc przez jego gardło nigdy nie przeszłyby słowa "Człowiek, to brzmi dumnie." Pobyt w łagrze bądź lagrze bezpardonowo odbierał ludziom nie tylko wolność ale i godność sprowadzając ich egzystencję do próby zaspokojenia najprostszych instynktów i potrzeb, na poparcie tej tezy posłużę się cytatem z opowiadania Borowskiego "Proszę państwa do gazu", który jest jasny i prosty w wymowie: "Kto ma żarcie w obozie, ten ma siłę". Atawizm ten niejako wyzuwał ich z człowieczeństwa, o czym pisze Herling-Grudziński w słowach: "Nie wolno człowiekowi tworzyć nieludzkich warunków, bo człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach". Nie chcę polemizować z tym stwierdzeniem, bo w pełni się z nim zgadzam. Przykładem kompletnego zatracenia ludzkich odruchów jest przerażająca scena z opowiadania Tadeusza Borowskiego "U nas w Auschwitzu". Bohater, noszący zresztą imię Tadek chłodno i bez oceny pisze w liście do narzeczonej o znajomym Żydzie, Abramku z Sonderkommando, który opowiada jak to się bawią w krematoriach odpalając zwłoki pochodniami z nieogolonych główek dziecięcych, podsumowując to gorzkimi słowami "Te, fleger, u nas, w Auschwitzu, my musimy bawić się, jak umiemy. Jak by szło inaczej wytrzymać?". Rozumowanie proste i przytłaczająco prawdziwe mówi nam o tym, że w brutalnej rzeczywistości obozu w Oświęcimu więźniowie starają się przystosować do panujących warunków, nawet za cenę własnego człowieczeństwa. Stają się egoistyczni, ich jedynym celem pozostaje dobro własne.
Ludzie stają się tak upodleni, że są w stanie wysłać na śmierć własną rodzinę i przyjaciół, jak pewien Żyd pracujący przy transportach kolejnych więźniów, który opowiada o tym swojemu koledze Mojsze, również Żydowi, w prostych, a jak szokujących słowach : "Przyjechał z transportem, zobaczył mnie przed komorą, zaganiałem ludzi, rzucił mi się na szyję, zaczął mnie całować i pytać, co to będzie i że on jest głodny, bo dwa dni jadą bez jedzenia. A tu kommandoführer krzyczy, żeby nie stać, że trzeba pracować! Co miałem zrobić? «Idź, ojciec – mówię – wykąp się w łaźni, a potem pogadamy, widzisz, że teraz nie mam czasu.» I ojciec poszedł do komory." Żyd być może stchórzył, być może był to ostatni odruch ludzkiej natury, ale zrobił jedyną rzecz, jaką mógł dla starego ojca zrobić – nie powiedział mu, co go czeka.
Odczłowieczenie sięga bardzo daleko, więźniowie wyzbywają się współczucia, a kto zachowuje w sobie krztynę dobra – umiera. Takie są prawa obozu i kto chce przeżyć, obojętnie w jakim celu, musi się im podporządkować. Jedynym przejawem prostej litości, jaki można odszukać w przytoczonych przeze mnie tekstach jest nieinformowanie idących do gazu, że idą na śmierć, tak jak nie informowano rodzin zagazowanych co się stało z ich bliskimi. Jak mówi Tadek w opowiadaniu Ludzie, którzy szli, a mianowicie:
"Były mężatki rozpaczliwie proszące nas o wiadomości o zaginionych mężach, były matki szukające u nas śladu po swoich dzieciach.
Nam jest tak źle, zimno, jesteśmy głodne – płakały – czy tylko im jest lepiej?
Im jest na pewno lepiej, jeżeli istnieje sprawiedliwy Bóg – odpowiadaliśmy poważnie, bez zwykłych kpin i syderstwa.
Lecz przecież nie umarli? - Pytały się kobiety, patrząc nam niespokojnie w oczy.
Odchodziliśmy w milczeniu, śpiesząc się do swojej pracy."
Przestają dziwić się rzeczywistości i reagować buntem, czują nawet pewien rodzaj żalu z posiadanego, tak „późnego” numeru ("A to jest tak...Chodzimy po Birkenwegu, eleganccy, w cywilnych garniturach. Ale cóż – milionowcy! Sto trzy tysiące, sto dziewiętnaście tysięcy, czarna rozpacz, żeśmy nie zdążyli po wcześniejsze numery!"), a nawet i pewną wyższość nad ludźmi wolnymi, o czym można przeczytać w tym samym, wspomnianym już opowiadaniu, gdzie Borowski pisze: "Ci cywile są śmieszni. Reagują na obóz jak dziki na widok broni palnej. Nie rozumieją mechanizmu naszego życia i wietrzą w tym wszystkie nieprawdopodobne, mistyczne, coś ponad ludzkie siły. […] Dziś za pan brat z nieprawdopodobnym i mistycznym, mając na co dzień krematorium, tysiącami flegmony i gruźlicę, poznawszy, co to jest deszcz i wiatr, i słońce, i chleb, i zupa z brukwi, i praca, aby nie podpaść, i niewolnictwo, i władza, będąc, że tak powiem, pod rękę z bestią – patrzę na nich z odrobiną pobłażania, jak uczony na laika, wtajemniczony na profana."
Więźniowie, którym lepiej się wiodło, próbowali też stworzyć sobie pozory normalnego życia chodząc na koncerty, walki bokserskie, budując boisko czy pieląc ogródki, jednak po raz kolejny w tej sytuacji wypływa na wierzch problem ich zobojętnienia. W opowiadaniu, a jakże, Tadeusza Borowskiego "Ludzie, którzy szli" jest to ukazane w sposób zatrważająco wyraźny. Pozwolę sobie ponownie po prostu przytoczyć fragment, bo lepiej niż sam autor nie jestem w stanie tego ukazać: "Potem ludzie poczęli iść dwiema drogami do lasu: drogą wprost z rampy i tą drugą, z drugiej strony naszego szpitala. Obie wiodły do krematorium, ale niektórzy mieli szczęście iść dalej, aż do zauny, która dla nich nie oznaczała tylko łaźni i odwszenia, fryzjerni i nowych, pofarbowanych na olejno łachów, lecz również życie. […] Kiedy wstawałem z rana do mycia podłogi, ludzie szli – tą i tamtą drogą. […] Kiedy siadałem do obiadu, lepszego, niż jadłem w domu – ludzie szli – tą i tamtą drogą. […] Wychodziłem nocą przed blok – w ciemności świeciły lampy nad drutami Droga leżała w mroku, lecz słyszałem wyraźnie oddalony gwar wielu tysięcy głosów – ludzie szli i szli. Z lasu podnosił się ogień i rozświetlał niebo, a wraz z ogniem podnosił się ludzki krzyk. Patrzyłem w głąb nocy, otępiały, bez słowa, bez ruchu. Wewnątrz mnie całe ciało drgało i burzyło się bez mego udziału. Nie panowałem już nad nim, choć czułem każde jego drgnienie. Byłem zupełnie spokojny, ale ciało buntowało się."
Borowski pokazuje czytelnikowi, że człowiek zobojętniał zupełnie, buntowało się tylko ciało, mechanicznie, ale umysł, tak zatwardziały na ludzką krzywdę i śmierć, nie reagował. Być może był to sposób na przeżycie, na ochronę przed obłędem, jednak nie mnie to oceniać.
Jest jeszcze jeden aspekt odczłowieczenia, poruszony w opowiadaniu "Proszę państwa do gazu", nie mniej przerażający: "Godziny płyną wolno, jak to w upale. Nawet zwykłej rozrywki nie ma: szerokie drogi do krematoriów stoją puste. Od paru dni nie ma już transportów."
Nie chcę opatrywać tego cytatu radykalnym komentarzem, pozwolę sobie więc przejść dalej.
W obozach odbierało się ludziom nie tylko człowieczeństwo i honor, odbierało im się wszystko, włosy, ubrania, kosztowności, nazwisko zastępowane numerem. Każdy najdrobniejszy ślad zwyczajnego życia znikał po przekroczeniu bramy obozu. Więźniowie żyjąc w niewoli próbowali odzyskiwać cząstki swojej tożsamości przemycając zdjęcia, organizując lepsze buty, ubranie, czy miskę, ale ich oprawcy odbierali im nawet nadzieję i pewność, że będą w stanie to zatrzymać organizując regularne bądź wyrywkowe kontrole, odwszenia, ewentualnie przenosząc ich na inne bloki czy do innych obozów. Żeby nie pozostać gołosłownym zacytuję ponownie Borowskiego: "Potem rzucano człowieka z obozu do obozu, bez łyżki, bez miski, bez szmaty do ciała."
O ile niemieckie lagry znajdowały się na terenie zamieszkałym, często w bezpośrednim sąsiedztwie miast to łagry sowieckie zakładano na Syberii. W praktyce oznaczało to tyle, że uciec było dużo trudniej, bo uciekać nie było dokąd, więc nawet te malutkie ochłapy nadziei, że może uda się zbiec, nie miały racji bytu w umysłach łagierników.
W tym świecie zezwierzęcenia, głodu i przemocy matki były w stanie wyrzec się dzieci, byleby własne życie uchronić od zakończenia w komorze gazowej, jak w "Proszę państwa do gazu", gdzie kobietom na siłę wciskano w ręce nierzadko już martwe noworodki.
Jednak nieliczne jednostki broniły się przed zatraceniem w morzu przemocy. U Borowskiego widzimy portret Kostylewa, który usilnie nie chce wciągnąć się w wir życia obozowego i rządzących nim praw. Poświęca własne zdrowie i co trzy dni praży rękę w ogniu, a gdy nie daje się dłużej przeciągać sytuacji ocala jedyne, co mu jeszcze pozostało – honor – i zabija się sam, oblewając się wrzątkiem w łaźni. Mamy również sylwetkę Natalii Lwownej, serdecznej i opiekuńczej kobiety. Niezwykle pomocnej. Broniła się przed dehumanizacją, rękami i nogami zapierała się przed wyrwaniem jej z własnego człowieczeństwa i pozostała taką, jaką była na wolności. A na koniec mamy Herlinga-Grudzińskiego, który mimo tragicznego stanu zdrowia i skąpych tak czy inaczej racji żywnościowych podejmuje głodówkę protestacyjną. Są to jednak tylko krople w morzu, jednostki na tle zbydlęconej i zmanipulowanej masy.
Jednak nie tylko wszechobecna przemoc i terror panujący w obozie wpływała na zachowanie więźniów, drugim, najwierniejszym towarzyszem w obozie był głód, trzecim praca ponad siły. W opowiadaniu "Dzień na Harmenzach" ludzie pracujący katorżniczo dostają głodową rację żywnościową – miskę wodnistej zupy, często z pokrzyw. Walka o byt toczy się kosztem współwięźniów, zamienia się kotły, kradnie, ryzykuje życiem zdobywając obierki od ziemniaków. Borowski w jednym ze swoich opowiadań oświęcimskich, uściślając - jest to ponownie "Dzień na Harmenzach", wspomina o starym Żydzie, który mówi: "Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jako na obiekt do zjedzenia". Herling-Grudziński w Innym świecie podchodzi do tego jednak dużo bardziej emocjonalnie zapisując słowa: "Dante nie wiedział, że nie ma na świecie cierpienia większego, niż doznawać szczęścia na oczach nieszczęśliwych, jeść w obecności głodnych". Proza Gustawa Herlinga-Gruzińskiego traktująca o łagrach nie jest już, jak widać po przytoczeniu jednego choćby cytatu, tak zimna jak to, co pisał Tadeusz Borowski. Pierwszy z wymienionych autorów nie spisuje chłodno faktów, opatruje je swoim komentarzem i przemyśleniami tworząc wyrazisty literacki obraz wewnętrznych przeżyć łagiernika.
W niemieckich obozach praca była eksploatacją surowca ludzkiego przed jego śmiercią, nie znaczyło, że kto pracuje dobrze – będzie żyć. Groziły wywozy do innych obozów lub śmierć pod kijami kapo za najmniejsze przewinienie. W sowieckich łagrach stawała się niejako sposobem na przetrwanie. Herling-Grudziński opisuje istnienie norm. Im wyższą normę wyrobiono – tym jedzenie lepsze, tym było go więcej. Jednostki niezdolne już do pracy mordowano i w łagrach i w lagrach. Warunki życia w obozach pracy przymusowej zdają się być okropne, jednak najbardziej dramatycznym jest chyba to, że odebrano więźniom prawo nawet do godnej śmierci i pochówku, cytując z Innego świata: "Wszystko to jednak nie było w stanie stłumić naszego niepokoju na myśl o tym, że obóz sowiecki pozbawił miliony swych ofiar jedynego przywileju, jaki dany jest każdej śmierci – jawności – i jedynego pragnienia, jakie odczuwa podświadomie każdy człowiek – przetrwania w pamięci innych". I nie inaczej przedstawiała się sytuacja w obozach hitlerowskich. Ciała leżały pod barakami rozkładając się na słońcu, składano je w masowych grobach, palono w krematoriach, popiół rozsypując po łąkach, kości topiono w stawach. Te bezimienne mogiły stanowią do dziś przestrogę przed najciemniejszymi zakamarkami duszy ludzkiej, bo, jak mówi Nałkowska "To ludzie ludziom zgotowali ten los". Jednak pozostają niepoliczone masy, które nawet mogił się nie doczekały. Wspomniana chwilę temu autorka w "Medalionach" opisuje proces gotowania mydła z ludzkiego tłuszczu. Przytaczając dla dokładności : "Z kości miały być robione kościotrupy. W roku 1944 profesor Spanner kazał, żeby studenci odkładali tłuszcz z trupów osobno. Co wieczór po skończeniu kursów, jak studenci odeszli, robotnicy zabierali talerze z tłuszczem. Były też talerze z żyłami i z mięsem. Więc mięso wyrzucali albo palili. […] Studenci mieli także powiedziane, żeby skórę całkiem czyściutko już odjąć, później tłuszcz czysto, później według książki preparatorskiej muskuły aż do kości. Tłuszcz wybierany przez robotników z talerzy później został leżeć całą zimę, a później, jak studenci wyjeżdżali, był przez pięć – sześć dni wyrobiony na mydło". Wykorzystywano w przedziwny sposób rozumiany potencjał ludzki do ostatka. Człowiek nie był już więcej człowiekiem, był surowcem. Skupiając się na Zofii Nałkowskiej przytoczę jeszcze przykład z "Dna", być może nie stricte o obozach, jednak cytując: "Przed obozem byłam dwa miesiące na Pawiaku. Co tam wyprawiali, jakie robili zbrodnie na ludziach! Zastrzyki, ściąganie krwi dla żołnierzy – i dopiero wieszali albo brali na rozstrzał. Nigdy nie wzięli zdrowego człowieka na rozstrzał, tylko z nim przedtem wszystko robili". Chcę przytoczyć jeszcze jeden fragment tekstu, tym razem z opowiadania "Dorośli i dzieci w Oświęcimiu", który każe zadać sobie jedno pytanie: kto był mniej odczłowieczony - ofiary, czy ich oprawcy – zatem: "Utylizowanie spalonych kości na nawóz, tłuszczu na mydło, skóry na wyroby skórzane, włosów na materace – to był już tylko produkt uboczny tego olbrzymiego przedsiębiorstwa państwowego, przynoszącego w ciągu lat nieobliczone dochody."
Ludzie byli stłoczeni jak bydło w przeludnionych barakach, choroby zakaźne roznosiły się szybciej niż plotki na wsi, a szpital oznaczał zazwyczaj tylko jedno – śmierć. Jednak lazaret oznaczał śmierć u Borowskiego, w łagrach sytuacja przedstawiała się nieco inaczej, "Było coś nieprawdopodobnego w fakcie, że już za progiem – po wypisaniu ze szpitala – więzień stawał się na powrót więźniem, ale jak długo leżał bez ruchu w łóżku szpitalnym, przysługiwały mu wszystkie prawa człowieczeństwa z wyjątkiem wolności."
Obozom koncentracyjnym jak i obozom zagłady przyświecała koncepcja misji dziejowej narodu niemieckiego i jego wyższości nad innymi. W duchu tej myśli więźniów nie traktowano jak ludzi, to byli podludzie, pozbawieni prawa nawet do życia. Sowieci natomiast byli głęboko przekonani, że można poświęcić życie jednostki dla osiągnięcia idealnego ustroju, jakim był komunizm, nawet mimo ich ideologicznej równości ludzi.
Nikogo nie biorąc w obronę i nie poddając ocenie, podsumowując jedynie, chcę posłużyć się słowami autora "Innego świata", jeśli mi wolno: "Przekonałem się wielokrotnie, że człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach i uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby osądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich".

Podoba się? Tak Nie
(0) Brak komentarzy
Gramatyka i formy wypowiedzi