profil

Procesy o czary i wymyślne tortury

poleca 85% 171 głosów

Treść
Grafika
Filmy
Komentarze

Płonące stosy, krew, cierpienie, utrata dobrego imienia i majątku - oto co dziś kojarzy nam się z inkwizycją. A miało być całkiem inaczej. U jej podstaw leżały ścisłe reguły, mające służyć ochronie religii i jedności Kościoła, zapewniając przy tym miłosierne i jak najbardziej sprawiedliwe sądy.

„Wkopali słup pod Warszawą i dwa łańcuchy przy nim, którymi je a opak za ręce nago przywiązali i drew koło nich stosami nakładłszy zapalili: piekły się cztery godziny, biegając koło słupa, a gdy się ze sobą zeszły, kąsały ciała sobie wzajemnie, aż upieczone pomarły.” Tak zginęły w 1526 roku kobiety, które jakoby zabiły czarami Janusza księcia Mazowieckiego. Ten i podobne opisy kojarzą się nam z procesami czarownic i średniowieczną ciemnotą
A miało być całkiem inaczej. U podstaw tych procesów leżały ścisłe reguły, mające służyć ochronie religii i jedności Kościoła, zapewniając przy tym miłosierne i jak najbardziej sprawiedliwe sądy.

Głębokie wstrząsy zachodzące w życiu społeczeństw zachodnioeuropejskich w większym stopniu niż dawniej zwracały uwagę ówczesnego człowieka ku śmierci. Coraz więcej miejsca poświęcali jej poeci i pisarze. Makabryczny opis rozkładających się na szubienicy trupów odpowiadał upodobaniom czytelników. Dlatego nawet artyści nie wahali się przedstawiać zmarłych w pełnym rozkładzie ich powłoki cielesnej i niejednokrotnie w ten sposób komponowali nawet pomniki nagrobne.

Takie nastroje sprzyjały szerzeniu się nowych form dewocji i ułatwiały Papiestwu rozwinięcie na szeroką skalę procederu sprzedaży odpustów. Liczba nowych modlitw, obrzędów i świąt wpływała jednak ujemnie na ogólny poziom religijności. Nadmierna zaś dewocja otwierała drogę wszelkiego rodzaju zabobonom.
Obawa przed oddziaływaniem szatana zrodziła prawdziwą klęskę średniowiecza. Wobec takich nastrojów w 1215 roku powołano do życia sądy kościelne, które miały oceniać prawowierność i karać tych, którzy ją łamali oraz walczyć z herezją i czarami. Pieczę nad tymi sądami objęli dominikanie, którzy korzystali z szerokich egzempcji w stosunku do kleru świeckiego. Nie tylko więc byli wyjęci spod wszelkiej zależności od niego, ale również mieli prawo spełnienia wszelkich funkcji duszpasterskich. Największą jednak prerogatywą dominikanów było przekazanie przez papieży w ich ręce Świętej Inkwizycji.

Coraz popularniejsze więc stawały się procesy czarownic, do których podjęcia i usprawiedliwienia przyczynił się ówczesny antyfeminizm, który szerzył klerykalną nienawiść do kobiety, jako potencjalnego sprzymierzeńca diabła. Istotną rolę odegrała tu bulla papieża Innocentego VIII, która upoważniała inkwizytorów do tropienia czarownic. Tak się przy tym składało, iż owe „czarownice” rekrutowały się przede wszystkim z biedniejszych warstw ludności, głównie wiejskiej. Rzadko oskarżano o czary szlachcianki lub kobiety patrycjatu miejskiego. A i to po procesie najczęściej okazywało się, że są niewinne.

Polowania na czarownice wystąpiły masowo już w XIV wieku, powodując śmierć na stosie olbrzymiej liczby niewinnych istot, w zasadzie prawie wyłącznie kobiet, które jakoby ściągały za pomocą czarów nieszczęścia na bliźnich (choroby, zarazy, niepowodzenia w rolnictwie lub hodowli, jak i zanik mleka u krów, a nawet śmierć człowieka). Zeznania dręczonych przez inkwizytorów ofiar, które pod wpływem tortur potwierdzały najbardziej absurdalne oskarżenia, przyczyniały się do wzbogacenia wiadomości z zakresu demonologii i sprowadzały tym sroższe prześladowania na wszystkich podejrzanych.

Wiara w czary szerzyła się w najrozmaitszych warstwach społecznych. Ulegali jej monarchowie, a nawet papieże, którzy swych wrogów politycznych oskarżali nie tylko o herezję, ale również o czary. Trudno się dziwić, że przy takiej zachęcie spod pióra inkwizytorów wyszedł fachowy w tej sprawie przewodnik pt. Młot na czarownice (1486), który szczegółowo omawiał sposób postępowania z oskarżonymi. Ukazanie się go w druku było więc kolejnym impulsem do podejmowania co raz to nowych procesów.

Młot i inne podręczniki inkwizycji instruowały, jak na pierwszy rzut oka rozpoznać czarownice, jak zmusić je do przyznania się do winy, jak wykorzystać informację donosicieli, w jaki sposób i jak długo torturować podejrzanego. Ta literatura o czarach dostarczała takiej argumentacji, która praktycznie pozwalała wykluczyć możliwość uratowania osoby raz już wprowadzonej w tryby procesu o czary. To piśmiennictwo scholastyczno-teologiczne i kanoniczne gromadziło materiał dla tej złowrogiej doktryny, która przyniosła tyle tragedii w znacznej części Europy i stała się podstawą wykształcenia się specyficznego procesu o czary. Ponieważ zaś inkwizycja mogła nakładać kary, których konsekwencją było nawet spalenie na stosie i konfiskata majątku oskarżonego, jej członkowie budzili coraz większy postrach w społeczeństwie.
Tymczasem nie tak miało być. Gdy w jakimś mieście podejrzewano kogoś o czary, przybywał tam inkwizytor - zwykle zakonnik powyżej czterdziestego roku życia, najczęściej dominikanin, absolwent teologii, znawca prawa kanonicznego i świeckiego, zdolny mówca. W kazaniu wzywał czarownice, by zjawiły się przed obliczem sędziów, dając im na to od 15 dni do 1 miesiąca.

W tym czasie rozpatrywano lawiny donosów, wykluczając przy tym możliwe oszczerstwa. Fałszywym oskarżycielom groziły zresztą surowe kary - np. tortury, konfiskata dóbr, więzienie, lub obowiązek noszenia tzw. znaku hańby: jęzora z czerwonego sukna na odzieży. Natomiast winnym, które zgłaszały się dobrowolnie w wyznaczonym terminie zapewniano całkowitą dyspensę lub łagodną karę. Po miesiącu łaska wygasała, a inkwizycja ukazywała swe srogie oblicze.

Cały proces o czary był znacznie uproszczony, a system dowodów ułatwiony. Do wszczęcia postępowania wystarczało jakiekolwiek doniesienie, najczęściej prywatne, potwierdzonym zeznaniami świadków, zwykle dwóch, choć gdy oskarżenie dotyczyło człowieka o nieposzlakowanej dotąd reputacji, sędzia mógł żądać większej liczby świadectw oraz tak zwana nominacja (powołanie), uczyniona przez już oskarżoną czarownicę, zazwyczaj na torturach, pytaną o inne znane jej czarownicę. Nic więc dziwnego, że okazywały się nimi czasem nawet wszystkie mieszkanki danej wsi. Podejrzaną o czary aresztowano, trzymano ją w tzw. „beczce czarownic” lub w kłodzie, by odizolować ją od ziemi i uniemożliwić tędy przyjście jej z pomocą diabła.

Oskarżona sama odpowiadała na zarzuty przed trybunałem - miała prawo mówić tak długo, jak sobie życzyła. Mogła też mieć obrońcę, ale jego zadanie ograniczało się do przekonywania, by przyznała się do winy. Wobec tego nie wszyscy korzystali z jego usług. Takiego wsparcia odmówiła na przykład Joanna d’Arc, niewinnie oskarżona bohaterka francuska. Opuszczona przez króla, skazana na stos przez angielskich księży za czary i rozpustę, zginęła 30 maja 1431 roku.

Aby orzec winę, prowadzący śledztwo musiał mieć absolutnie pewne dowody - w przeciwnym razie mógł zająć miejsce oskarżonej. Dlatego sędziowie używali wszelkich środków do wykrycia prawdy, chociaż nie zawsze osiągano pożądany efekt.

Tak na przykład w Szwajcarii na śmierć została skazana Anna Goldi, służąca miejskiego lekarza (i sędziego zarazem). Oskarżono ją o zadanie choroby córce chlebodawcy. Dziewczynka wpadała co jakiś czas w konwulsje. Podczas ataków wypluwała igły i gwoździe, co było przejawem interwencji diabelskiej. Prawda nie została ujawniona, a na stosie spłonęła kolejna niewinna osoba.
Polowania na czarownice coraz częściej zaczynały służyć prywatnym celom. Do oskarżenia skłaniały czasem chęć zemsty osobistej lub wyeliminowanie konkurencji. Dlatego wiele osób niewinnie ginęło, ponieważ byli po prostu „niewygodni”. Dlatego też zginął Jan Hus - rektor uniwersytetu praskiego. Występował on przeciwko świeckiej władzy papieży, potępiał sprzedaż odpustów i wytykał wady duchowieństwa. Skutkiem tego jako heretyk i czarownik 6 lipca 1415 roku został spalony na stosie.
„Przygotowano go do tortury liny. Podciągnięto go. - Z kim rozmawiałeś - zapytano. Odrzekł: - Jezu, Jezu, nie wiem. Zachęcano go do wyjawienia prawdy. - Chętnie bym powiedział. Opuście mnie, niech pomyślę. Opuszczono go na ziemię.” To fragment protokołu z przesłuchania XIV-wiecznego młynarza hiszpańskiego podejrzanego o herezję. Po drugim podniesieniu na linie wskazał współwinnego. Notariusz zapisał, że tortura odbyła się cum moderamine (z umiarkowaniem). Trwała pół godziny.
Jednak tak naprawdę cóż rozumiemy przez pojęcie tortury? Według Kodeksu Karnego tortury to każde działanie, którym jakiejkolwiek osobie umyślnie zadaje się ostry ból lub cierpienie, fizyczne bądź psychiczne, w celu uzyskania od niej lub od osoby trzeciej informacji lub wyznania, w celu ukarania jej za czyn popełniony przez nią lub osobę trzecią albo o którego dokonanie jest ona podejrzana, a także w celu zastraszenia lub wywarcia nacisku na nią lub trzecią osobę albo w jakimkolwiek celu wynikającym z wszelkiej formy dyskryminacji, gdy taki ból lub cierpienie powodowane są przez funkcjonariusza państwowego lub inną osobę występującą w charakterze urzędowym lub z ich polecenia albo za wyraźną lub milczącą zgodą.

W średniowiecznym dochodzeniu nie od razu je stosowano, choć nieodłącznie mu towarzyszyły. Przystępowano do nich, gdy znaleziono świadków przeciw danej osobie. Przesłuchiwano ich osobno, a zgodne wyznania co najmniej dwóch świadków uważano za pełny dowód. Również pewne poszlaki, jak na przykład znalezienie narzędzia przestępstwa, nawet gdy nie było doniesienia, wystarczały aby rozpocząć katorgi.
Aby kogoś skazać, ten musiał przyznać się do winy. Jednak wymuszone zeznanie nabierało mocy prawnej dopiero wtedy, gdy zostało dobrowolnie potwierdzone, dlatego sąd najpierw przekonywał oskarżonego lub oskarżoną do przyznania się.
W przypadku kobiet oskarżonych o czary stosowano inną procedurę. Sędziowie na początku poddawali ją tzw. „próbom”, zwanym Ordaliami. W zasadzie nie miały one charakteru tortur, choć niektóre ich elementy mogły powodować ból i cierpienie.
Próba zimnej wody (pławienie) - oskarżoną zanurzano w wannie, ponieważ uważano, iż czarownica nie musi oddychać oraz, że woda jako żywioł czysty nie może przyjąć zbrodniarki , gdy kobieta topiła się uwalniano ją; próbę tę najczęściej przeprowadzał zawodowy łowca czarownic.
Próba gorącej wody - oskarżona musiała włożyć dłoń po nadgarstki do naczynia z gorącą wodą i wyjąć przedmiot (najczęściej kamień zawiązany na sznurku) leżący na jego dnie; poparzona dłoń i sposób gojenia się ran była dowodem winy lub niewinności.
Próba kąpieli (topnienie)- podejrzaną o czary umieszczano w wannie z przefiltrowaną przez prześcieradło wodą święconą, następnie wodę filtrowano powtórnie, jeżeli na płótnie znalazły się pyłki oskarżona stawała się winną.
Próba wagi - oskarżoną dokładnie ważono, jeżeli wynik nie zgadzał się z odpowiednimi tabelami kobieta była winna (czasami na drugiej szali wagi kładziono Biblię - tylko gdy waga pozostawała w równowadze uniewinniano oskarżoną)
Próba igły - kobiety rozbierano, golono i przywiązywano do krzesła; otwierano drzwi i oczekiwano na przybycie jakiegoś zwierzęcia (wierzono, że uprawiający czary ma swego opiekuna - diabła - pod postacią zwierzęcą); gdy pojawiła się mysz, szczur, a nawet owad - był to znak wystarczający, a inkwizytor poddawał wtedy ciało drobiazgowym oględzinom w poszukiwaniu znamienia, mającego zaświadczać o układach z szatanem. Gdy je znalazł nakłuwał ciało igłą - nakłucie to nie powinno powodować krwawienia ani bólu.
Próba łez - opierała się na przeświadczeniu, że czarownice nie są zdolne do ronienia łez. Inkwizytor zaklinał podejrzaną na łzy Jezusa Chrystusa, by choć jedną łzę uroniła jeśli jest niewinna; nawet gdy podejrzana, przerażona czy zemdlona zapłakała, można to było przypisać sprawkom szatana - wtedy należało poddać badaną następnej, innej już próbie.
Próba ognia - kobieta musiała przejść po rozżarzonych węglach albo między płonącymi stosami, jeżeli ogień jej nie parzył znaczyło to, że zna już ogień piekielny.

Próby znały już ludy pierwotne, sięgające korzeniami czasów pogańskich, a zostały zaakceptowane i utrwalone w okresie chrześcijaństwa, ponieważ w sposób pośredni umacniały pozycję kościoła. Formalnie, od 1215 r. na mocy decyzji soboru ordalia zostały zakazane. Już wtedy zapewne, przynajmniej wśród części społeczeństwa, zdawano sobie sprawę, że ich wynik zależy od przypadku, a uzyskanie pomyślnego wyniku dla oskarżonego mogło być właściwie tylko wynikiem przekupstwa. Mimo to sprawowano je nadal, z udziałem duchownych oczywiście (święcenie mieczy, wody, odprawianie mszy, modłów i egzorcyzmów).

I dopiero, jeżeli one nie dały pożądanego efektu przystępowano do stosowania tortur. Te same zasady ich stosowania obowiązywały w całej Europie. Zwykle stosowano pięciostopniową skalę i zalecano rozpoczynać od najłagodniejszych, zwykle była to chłosta (kobiety uderzano w twarz, aby zalały się krwią). Dopiero, gdy to nie dawało efektu, stosowano bardziej wyrafinowane metody, które należały do swobodnego wyboru sędziego (chociaż powinien się on liczyć z przepisami zawartymi w ówczesnym Kodeksie Karnym).
W Polsce pierwszym etapem było zagrożenie torturami - widok potwornych narzędzi prowokował nieraz wyznanie winy. To właśnie miało miejsce w Gdańsku. Oskarżona o kontakty z diabłem 88-letnia Anna Krger ujrzawszy katowskie narzędzia przyznała się do wszystkiego. Skutkiem tego spalono ją żywcem na stosie.

Podczas tortur zadawano oskarżonemu pytania według specjalnego formularza, którego główna zasada brzmiała „pytać o rzeczy w podstępny sposób, pytać o to, o czym podejrzany nic nie mógł wiedzieć”. Mimo pełnego dowodu kontynuowano tortury, gdy istniały chociaż najmniejsze wątpliwości. Nawet po zapadnięciu wyroku nie przestawano - w celu wydobycia zeznań o wspólnikach. Tortury przeprowadzano w izbach zwanych męczennicami lub sklepikami. Przeprowadzał je kat wraz z pomocnikami zwanymi hyclami, posługując się bardzo wyrafinowanymi narzędziami.
Do najpopularniejszych zaliczał się łańcuch. Przesłuchiwanych wieszano za ręce wykręcone do tyłu i podciągano na bloczku. Czasem szarpano łańcuchem albo dodatkowo obciążano ofiarom nogi. Innym nieprzyjemnym urządzeniem był kolczasty fotel, na którym przesłuchiwany musiał oprzeć plecy i ręce, w które wbijały się kolce.

Kozioł Czarownic przeznaczano specjalnie dla kobiet podejrzanych o czary. Sadzano je okrakiem na klocu drewna w kształcie piramidy o ostrym czubku. Krawędź „siedziska” zagłębiała się w ciało ofiary. Często stosowano również „Żelazną Dziewicę”. Skazaną zamykano w żelaznym w pudle, którego wewnętrzne ścianki były pokryte sterczącymi gwoździami. Niezwykłym okrucieństwem odznaczali się ludzie, którzy używali rozwieracz (zwany również gruszką - rycina I). To urządzenie wkładano w intymne części ciała podejrzanych, a następnie rozwierano za pomocą śruby. Żelazne "płatki" powoli rozrywały wnętrzności torturowanych. Urządzenie to przeznaczano dla kobiet oskarżonych o kontakty seksualne z szatanem oraz mężczyzn posądzanych o grzech sodomii. Gruszkę też wkładano do ust, aby „uciszyć” ofiarę.
Rozwieracz zastosowano na przykład w Niemczech w opactwie książęcym Kempten w przypadku Anny Marii Schwangel - oskarżonej o kontakty cielesne z diabłem. W czasie śledztwa przyznała się do stosunków seksualnych z nim zarówno we śnie, jak i na jawie, bez żadnych nacisków z jego strony, gdyż zawiodła się na duchownych katolickich, których uprzednio błagała o pomoc i pociechę. Sąd skazał ją na śmierć przez spalenie.
Tron dziewiczy(rycina II) to krzesło wyposażone w kolce i uchwyty służące unieruchomieniu ofiary. Krzesła metalowe mogły być, dla wzmocnienia tortury, dodatkowo podgrzewane. Wymuszenie w ten sposób przyznania się do popełnienia zarzucanego czynu mogło trwać od kilkunastu minut do kilkunastu dni. Dla uzyskania pożądanego efektu, ofiary sadzano na takim krześle nago.

Dyby - dwa duże kloce drewna, położone jeden na drugim i następnie skręcane śrubą. W każdym klocu wyżłobione były otwory, odpowiednio na głowę i ręce lub nogi. Po odsunięciu górnego kloca ofiara wkładała swe członki w przygotowane wyżłobienia, następnie opuszczano kloc górny i przykręcano śruby. Ponieważ szerokość dłoni, stóp czy też głowy była większa niż wydrążonych otworów, nie sposób się było wyswobodzić z takiego zamknięcia. Dyby zakładano na ręce i głowę, niekiedy tylko na nogi. Gdy przymocowany dyby na pewnej wysokości, przenoszącej wzrost ofiary, a zakuto tylko nogi, zakuty miał nogi u góry, a głowa zwisała swobodnie w dół, co nie było pozycją wygodną.
Jednak najbardziej znienawidzonym przez torturowanych i budzącym postrach narzędziem tortur było Łoże Sprawiedliwości, czyli ława, na której kładziono skazańca z unieruchomionymi rękami i nogami, a następnie rozciągano go aż do rozdarcia mięśni. Część łóżek wyposażono w wałki nabijane kolcami. Do nóg torturowanego przywiązywano 50-funtowy ciężar, który miał służyć lepszemu wyciąganiu stawów. Rozciąganie odbywało się za pomocą specjalnego kołowrotka zainstalowanego u wezgłowia pryczy. Często kat stosował tortury dodatkowe, polegające na ześrubowaniu rąk i nóg, podpalaniu ciała, czy szarpaniu rozżarzonymi szczypcami.
Wymieniłem tu tylko kilka narzędzi do zadawania ludziom bólu. Jednak nie trzeba tego stosować aby zadać człowiekowi cierpienie. Wystarcz jedynie wykorzystać te, których naturalne przeznaczenie jest zgoła inne (np. piły, młotki, gwoździe, szpilki, igły, nożyce, szydła, noże, sidła, wnyki, dłuta, cęgi, pilniki, kłódki, skrzynie, liny, drągi, prasy, a nawet sól i pieprz lub instrumenty muzyczne). Takie - naganne w tym przypadku - wykorzystanie tych urządzeń miało niestety zastosowanie w średniowieczu.

Ściśle określano czas zadawania cierpień. Teoretycznie zezwalano na tortury jednogodzinne, a gdy nie kończyły się one przyznaniem do winy, można je było wznowić po kilku dniach. W Niemczech tortury można było przeprowadzać trzykrotnie. Sądy jednak obchodziły przepisy, traktując tortury zadawane jednego dnia jako jeden ciąg. W skrajnych przypadkach próba trwała wiele dni, a w Europie Zachodniej kilkudziesięciodniowe seanse nie należały do rzadkości. Na takie nadużycie oskarżony mógł się poskarżyć do wyższej instancji. Naturalnie, jeżeli był jeszcze w stanie...
W razie braku pełnego dowodu można było wymierzyć karę z podejrzenia - lżejszą (np. kara śmierci zwykła zamiast kwalifikowanej). Podobna sytuacja występował w wypadku, gdy ofiara zeznawała bez oporów - w drodze łaski duszono ją przed spaleniem. Przed ogłoszeniem wyroku sądzony miał prawo odwołać się do papieża, ale sąd musiał to odwołanie zaakceptować. Najczęściej argumenty oskarżonego uznawano za zbyt błahe, by zawracać nimi papieżowi głowę - i wyrok wykonywano.

Oprócz skazańców na stosach palono bezbożne księgi i pisma. Jeśli oskarżony zmarł podczas przesłuchań, palono jego zwłoki. Płomienie miały oczyszczać z „diabelstwa” i niszczyć wszelki ślad po skazanym. Popioły ofiar zwykle rozrzucano, a czasem nawet wystrzeliwano z armaty. Jednak nawet u stóp stosu wciąż istniała szansa uratowania życia. Gdy skazany w tym momencie publicznie wyrzekł się swoich przekonań (po portugalsku nazywało się to auto-da-f - wyznanie wiary), wracał do inkwizytora, który uznawał czy nawrócenie było szczere. Jeśli stwierdził, że tak, przestępcę skazywano „tylko” na wieczne więzienie Takie akty były częstym tematem obrazów. Obserwowali je zakonnicy - inkwizytorzy, notariusze, lekarz, teolodzy i uzbrojona straż oraz okoliczni mieszkańcy.

Sądy duchowne prowadziły procesy o czary, a w wypadkach, gdy czarownice wyrządziły komuś szkodę majątkową lub na zdrowiu - sądy świeckie. W sumie za czary sądzono około 110 tysięcy osób, a stracono około 60 tysięcy. Polowania na czarownice nie wszędzie były równie intensywne. Najwięcej stosów płonęło w Niemczech - np. w jednym tylko dniu na ziemiach klasztoru w Kwidlinburgu stracono 133 osoby. W Koronie osądzono około 10 tysięcy osób, na Śląsku około 30 tysięcy osób. W Polsce było więc mniej tych procesów. Nie wlicza się w to oczywiście osób niewinnie torturowanych, którzy doznawali najczęściej okaleczenia trwałego lub przemijającego, niekiedy nawet śmierci.
Ta zbiorowa psychoza walki z czarownicami, którymi posługiwał się rzekomo szatan, owładnęła nawet wybitnych myślicieli owych czasów. Przez długi czas tylko nieliczni i to anonimowo występowali przeciwko tym masowym i bezmyślnym prześladowaniom nieszczęsnych kobiet. Od przełomu XVII/XVIII wieku zaczęły pojawiać coraz częstsze głosy krytyki tych praktyk. Miały one różne źródła. Następowały przemiany w stosunkach społeczno-politycznych , rozwój nauki, co pociągało za sobą zmiany światopoglądu, kryzys ideologii kościelnej, wątpliwości teologiczne w kwestii realności szatana, przekonania przyrodniczo medyczne o nierealności czarów, atak prawników na ustawodawstwo karne i tortury. Wszystko to powodowało stopniowe zanikanie procesów czarownic, aż w końcu odeszły w zapomnienie. Oto do czego doprowadziła silna wiara w potęgę szatana.

„Procesy o czary stanowiły największą tragedię ludzi niewinnych, przed Holocaustem i innymi nacjonalistycznym i rasistowskimi rzeziami XX wieku. Jedyną wspólną podstawą wszystkich procesów o czary była ideologia szerzona w tym zakresie przez chrześcijaństwo oraz rola wierzeń ludowych o czarownicy szkodzącej ludziom. W krajach katolickich jednym z elementów wielkiej fali procesów o czary była potrydencka gorliwość Kościoła katolickiego, swego rodzaju zastosowanie „bogatego środka” dla realizowanej ówcześnie różnymi metodami ewangelizacji wsi. W krajach protestanckich zaś chodziło o realizowanie tą drogą surowego modelu moralnego życia wyznawców. Dotyczyło to zresztą nie tylko wsi ale i miast. Natomiast sam proces zależał zawsze od wielu zmiennych czynników, które nie sposób podciągnąć pod żaden wspólny mianownik.”(S. Salmonowicz, Historyka 1994)


Bibliografia:
S. Płaza, Historia prawa w Polsce na tle porównawczym, Kraków 1997, Księgarnia Naukowa
T. Manteuffel, Średniowiecze, Warszawa 1998, Wydawnictwo Naukowe PWN
B. Zientara, Historia Powszechna Średniowiecza, Warszawa 2000, Wydawnictwo TRIO
M. Komar, Prośba o dobrą śmierć, Warszawa 1993, Czytelnik
Internet
Focus, luty 2001

Podoba się? Tak Nie

Czas czytania: 20 minut

Ciekawostki ze świata
Teksty kultury