profil

Motyw cierpienia w literaturze.

poleca 85% 632 głosów

Treść Grafika
Filmy
Komentarze
Johann Wolfgang Goethe

Wstęp do motywu CIERPIENIE
Bó l to radość, co jeszcze twarzy nie odkryła napisał Leopold Staff w wierszu O
słodyczy cierpienia, określając jedną z podstawowych zasad naszego istnienia.
Warunkiem osiągnię cia szczę ścia jest doznanie cierpienia. Ból nie jest wyłącznie
doświadczeniem niszczącym, ma swój głę boki moralny sens. Bez niego nie
staniemy się ludźmi, nie osiągniemy duchowej dojrzałości. Pozostaniemy
niedorośli przed śmiercią , jak określił to ksiądz Twardowski w przepię knym
wierszu Oda do rozpaczy. I tak jak Józio i Rózia – nie dostaniemy się do raju,
gdyż:
Kto nie zaznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie.
Nie jest łatwo zaakceptować doświadczenie cierpienia. Boimy się bólu i własnej
słabości. Szukamy drogi do szczę ścia. Pytamy o to, jak żyć, by nie cierpieć.
Oszukujemy sami siebie, gdyż cierpienia nie możemy się wyrzec i nie możemy
go uniknąć. Jest treścią naszego życia. Człowiek nie kamień – stwierdził Jan
Kochanowski w Trenie XVI. Nie potrafi nie odczuwać bólu, tego nie nauczy
żadna filozofia. Cierpienie trzeba zaakceptować i przeżywać z godnością – to
jest ważna prawda zawarta w słowach: ludzkie przygody / Ludzkie noś (Tren
XIX). Gdy to zrozumiemy, osiągniemy w życiu harmonię i bę dziemy mogli
powtórzyć za Staffem: Nic mi, świecie, piękności twej zmą cić niezdolne!
Gdy człowieka spotyka nieszczę ście, przychodzi czas na refleksję .
Uświadamiamy sobie naszą słabość, kruchość istnienia, pozorność pewnych
wartości. Pytamy też – dlaczego? Dlaczego to nas spotkało? Czym zawiniliśmy?
A może cierpienie jest tylko próbą, a nie karą? Są to trudne pytania. Pytania
Hioba i ojca Paneloux. Dramatyczne pytania o sens miłości i wiary. O sens
sprawiedliwości i zaufania.
Bohaterka Odprawy posłó w greckich J. Kochanowskiego, Helena, pod wpływem
cierpienia i lę ku stwierdziła, że życie ludzkie jest pełne nieszczę ść, że chwil
radosnych przeżywamy znacznie mniej niż bolesnych. Trudno dociec, na ile
miała rację , ale nasza egzystencja jest pełna bólu. Cierpienie ludzkie ma wiele
wymiarów, a literatura ukazywała je od zawsze.
Cierpiał Prometeusz, okrutnie ukarany przez bogów. Cierpiała Niobe, której
odebrano wszystkie dzieci. A także upokorzony, osierocony, pozbawiony
wszystkiego Hiob. Ukrzyżowany Chrystus. I Jego matka, stojąca pod krzyżem i
bezsilnie patrząca na śmierć własnego syna. Antygona, której brata okrutnie
zhań biono, odmawiając mu pochówku. Orfeusz, który utracił ukochaną
Eurydykę . Korzecki, który nie mógł znieść świadomości, że na świecie jest tyle
zła i bólu. Cierpieli wzgardzony Wokulski i odrzucona Joasia. Werter i Gustaw.
Wallenrod i Aldona. Karusia, która straciła ukochanego, i Justyna, której
kazano zabić własne nie narodzone dziecko. Bólu nie można określić ani
zdefiniować. Każdy jest sam ze swoim cierpieniem.
Sens cierpienia określa się wobec poję cia szczę ścia i tłumaczy, że nadaje ono
sens naszemu człowieczeń stwu. I tak jest, dopóki nie przekroczy ono ludzkiej
miary. Pewnych spraw nie zrozumiemy nigdy, przerastają bowiem naszą
wyobraźnię . Jak pojąć ból człowieka, który patrzy na śmierć całej swojej
rodziny? Co czuje matka, której malutkim niemowlę ciem żołnierze bawią się
jak piłką, dopóki nie roztrzaska się na bruku? A ta, która podaje własnemu
Cierpienie Ję zyk polski dla maturzystów
Strona 1
dziecku truciznę , by uchronić je przed piekłem podróży w bydlę cym wagonie i
okrutnej śmierci w komorze gazowej? Nigdy nie pojmiemy całej grozy wojny i
holocaustu. Tak jak nie dowiemy się , co czuje kobieta, mieszkanka Algierii,
której zamordowano ośmioro dzieci. Jej zdję cie obiegło cały świat. Ale czy świat
zrozumiał?

Homer „Iliada”
PRIAM – stary kró l Troi, ojciec pięćdziesięciu có rek i pięćdziesięciu synó w,
któ rych zabrała mu wojna:
Lecz ja najnieszczęśliwszy, miałem dzielne syny,
z któ rych podobno żaden żywy nie zostaje.
(w. 494-495)
jest wzorem cnó t, pobożności i miłości ojcowskiej.
Księga XXIV Iliady, epopei Homera, przedstawia go jako zbolałego ojca, któ ry
po śmierci Hektora, zabitego w pojedynku przez Achillesa, udaje się z okupem
do obozu nieprzyjació ł, by błagać Greka o oddanie zwłok syna. Pełen pokory,
klęczą c u nó g zabó jcy, całują c jego ręce, prosi o litość. Wzruszony łzami starca
Achilles gości go, oddaje mu ciało Hektora i godzi się na zawarcie
jednodniowego rozejmu, by zrozpaczony ojciec mó gł wyprawić pogrzeb.
Wszedł Pryjam cicho, uklą kł, za nogi obłapił
I rękom srogim, któ re w podziemne odchłanie
Tylu wtrą cił synó w, dał pocałowanie.
[...] „Pomnij na ojca twego, boski Achillesie,
W ró wnym on ze mną wieku, w ostatnich lat kresie.
Może niesprawiedliwy cisną go są siedzi,
Nie ma, kto by złe odparł, pod któ rym się biedzi.
[...] Hektor, zginą ł od ciebie, walczą c o ojczyznę .
Po niego tu przychodzę , uczcij mą siwiznę ,
Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary,
Szanuj bogi, Achillu, nie gardź mymi dary.
Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie.
Możesz być kto ode mnie biedniejszy na świecie?
Jam usta – tegom wreście nieszczęśliwy dożył! –
Na ręce synó w moich zabó jcy położył!”
(w. 478–508)
„Odtą d, jak zginą ł Hektor z tobą w pojedynku,
Nie tylko nie użyłem żadnego spoczynku,
Alem na ziemi leżą c w popiele się taczał,
Łzy lał bez przerwy, jęczał, wzdychał i rozpaczał;”
(w. 641–644)

Biblia – „Księga Hioba”
Księga Hioba, poś więcona problemowi nie zasianego cierpienia, należy do pism
mą droś ciowych Starego Testamentu. Powstała między V a III wiekiem przed
Chrystusem. O jej autorze wiemy tylko tyle, że był głęboko wierzą cym Izraelitą .
Księga składa się z dwó ch częś ci napisanych prozą („Wstęp” przedstawiają cy
cierpienie Hioba i „Zakoń czenie”) oraz z częś ci ś rodkowej, mają cej formę
poetyckiego dialogu, któ ry został podzielony na sześ ć fragmentó w („Poemat”).
W życiu każdego człowieka pojawiają się chwile dobre i złe, pogodne i smutne.
Za naturalne uważamy wszystko, co sprawia radoś ć , natomiast bardzo trudno
jest nam pogodzić się z nieszczęś ciem. Gdy nas ono dotyka, skłonni jesteśmy
oskarżać Boga, tracić wiarę w Jego sprawiedliwoś ć . Zadajemy wtedy pytania:
„Dlaczego Bó g do tego dopuszcza? Dlaczego milczy? Dlaczego nie przeciwdziała
nieszczęś ciom?”
Ludzi, o któ rych opowiada Biblia, dręczyły te same pytania. Autor Księ gi Hioba
rozmyś la nad tym, dlaczego Bó g nie uwalnia od cierpień tych, któ rzy
wypełniają Jego wolę, któ rzy są Mu wierni i posłuszni.
Hiob (hebr. ijjob: prześ ladowany, doświadczany) to jedna z najciekawszych
postaci Starego Testamentu. Żył w kraju Hus, w dostatku i szczęś ciu. Miał
kochają cą rodzinę. Był człowiekiem nieposzlakowanego charakteru,
„sprawiedliwym, prawym, bogobojnym”, unikał zła.
Dla wypróbowania jego pobożnoś ci Bó g pozwolił Szatanowi poddać go próbie.
Hiob pozbawiony został mają tku, umarły jego dzieci, a on sam został dotknięty
trą dem.
Pewnego dnia, gdy synowie i córki jedli i pili w domu najstarszego brata,
przyszedł posłaniec do Hioba i rzekł: „Woły orały, a oślice pasły się tuż
obok. Wtem napadli Sabejczycy, porwali je, a sługi mieczem pozabijali,
a ja sam uszedłem, by ci o tym donieść”. Gdy ten jeszcze mówił,
przyszedł inny i rzekł: „Ogień Boży spadł z nieba, zapłonął wśród owiec
oraz sług i pochłonął ich. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść”. [...]
Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: „Twoi synowie i córki jedli
i pili wino w domu najstarszego brata. Wtem powiał szalony wicher z
pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak iż
poumierały. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść”. Hiob wstał rozdarł
swe szaty, ogolił głowę , upadł na ziemię , oddał pokłon i rzekł:
„Nagi wyszedłem z łona matki
i nagi tam wrócę .
Dał Pan i zabrał Pan.
Niech bę dzie imię Pań skie błogosławione!”
(Hi 1, 13-16; 18-21)
[...] szatan [...] obsypał Hioba trądem złośliwym, od palca stopy aż do
wierzchu głowy. [Hiob] wziął wię c skorupę , by się nią drapać siedząc w
gnoju.
(Hi 2, 7-8)
Hiob znosił cierpliwie i z godnoś cią swoją tragedię. Żonie, któ ra, rozgoryczona
wypadkami, daje mu szyderczą radę: Złorzecz Bogu i umieraj (2,9), wyjaś nia,
że skoro dotą d przyjmowali od Stwó rcy dobro, muszą także przyjmować
zesłane przez Niego nieszczęś cia:
„Mówisz jak kobieta szalona. Dobro przyję liśmy z ręki Boga. Czemu zła
przyjąć nie możemy?” W tym wszystkim Job nie zgrzeszył swymi
ustami.
(2,10)
Nieznany autor rozwija w Księdze Hioba problem niezawinionego cierpienia i
sprawiedliwoś ci Bożej.
Trzej przyjaciele Hioba, któ rzy usłyszeli o tym, co go spotkało i przyszli, by
boleć nad nim i pocieszać go (2,11), są przekonani, że skoro Hiob został przez
Stwó rcę doświadczony tyloma nieszczęś ciami, musiał dopuś cić się jakiegoś
grzechu.
Czyż za pobożność twą karci się ciebie
i wytacza ci sprawę przed sądem?
Czy nie za zło twoje znaczne?
Czy nie za nieprawość bez granic?
(22, 4-5)
Hiob natomiast, choć pod wpływem straszliwego cierpienia skarży się na swó j
los, choć nie rozumie dlaczego on, w swoim mniemaniu człowiek prawy (Ty
przecież wiesz, że nie zawiniłem), został tak dotkliwie ukarany, wie, że Bó g,
któ ry go doświadcza, jest sprawiedliwy. Hiob wierzy, że jego cierpienie ma
głębszy sens. Wie, że choć plany Boga, któ ry ogarnia cały świat i nim kieruje,
są dla człowieka niezrozumiałe, należy przyją ć je z pokorą i ufać w
sprawiedliwoś ć Stwó rcy. Pró by wyjaś nienia ich są bezcelowe.
Wystawiony przez Boga na ciężką próbę Hiob, mimo przejmują cych skarg,
wytrwał w swoim cierpieniu. W nagrodę Stwó rca przywró cił mu zdrowie,
obdarzył mają tkiem, dał mu nową rodzinę.
Bogobojnego Hioba wspomina Ezechiel jako męża sprawiedliwego, a ś w. Jakub
Apostoł w swoim liś cie pisze: Oto wychwalamy tych, co wytrwali. Słyszeliście o
wytrwałości Hioba i widzieliście koń cową nagrodę za nią od Pana, bo Pan pełen
jest litości i miłosierdzia. (Jk 5,11)
Historia Hioba jest próbą wyjaś nienia, jak pogodzić niezawinione cierpienie ze
sprawiedliwoś cią Bożą . Uczy godnoś ci w znoszeniu cierpienia i bezinteresownej
wiernoś ci Stwó rcy.
CZEMU NIE UMARŁEM W ŁONIE MATKI?... (Job 3, 1-18; 7, 5-7, 20-21)
1. Nareszcie otworzył Hiob usta swoje i przeklął dzień swój.
2. I odezwał się Hiob, i rzekł:
3. Bodajby przepadł dzień , w którym się urodziłem, i noc, która
powiedziała: ”Poczę ty jest mężczyzna”.
4. Bodajby dzień ten pozostał mrokiem i nie zapytał o niego Bóg na
wysokości, i nie zaświeciła nad nim jasność.
5. Bodajby ogarnę ła go ciemność i cień śmierci, i położyła się na nim
gradowa chmura, i zatrwożyły go zaćmienia słoń ca.
6. Niechby tamtą noc zabrały ciemności i nie było jej między dniami
roku, i w liczbę miesię cy nie weszła.
7. Niechby tamta noc została bezpłodna i nie wszedł w nią krzyk
radości.
8. Bodajby rzucili na nią klątwę , którzy nienawidzą dnia, pochopni do
budzenia Lewiatana.
9. Bodajby zaćmiły się gwiazdy jej brzasku, żeby nie doczekała się
świtania i nie zobaczyła powiek rannej zorzy.
10. Bo nie zamknę ła drzwi matczynego łona i nie skryła nieszczęścia od
moich oczu.
11. Czemu nie umarłem w łonie matki, nie skonałem, kiedy wyszedłem
z jej żywota?
12. Dlaczego podję ły mnie kolana, czemu znalazłem piersi, abym ssał?
13. Leżałbym teraz i odpoczywał, spałbym teraz i zaznał spokoju.
14. Razem z królami i radcami ziemi, którzy pobudowali dla siebie ruiny.
15. Albo z książętami bogatymi w złoto, napełniającymi swoje domy
srebrem [...].
PYTANIA BOGA SKIEROWANE DO HIOBA (Job 38, 1-4, 12, 16-18)
1. I odpowiedział Hiobowi Pan z wichrowej burzy, i rzekł:
2.Któż tu zaciemnia mój zamiar słowami, którym brak wiedzy?
3. Przepasz jak mąż biodra swoje, zapytam ciebie, a ty mów, niech
wiem.
4. Gdzieżeś był, kiedy zakładałem podwaliny ziemi? Odpowiadaj, jeżeli
wiesz, jak zrozumieć.
12. Czy choćby raz w życiu sprowadziłeś poranek i pouczyłeś jutrzenkę
o miejscu jej...
16. Czy zstąpiłeś do źródeł morza? Czy zbrodziłeś dno przepaści?
17. Czy otwierały się przed tobą bramy śmierci? Bramy cienia śmierci,
czy oglądałeś?
18. Czy ogarnąłeś szerokość ziemi? Mów, skoro wiesz to wszystko!
MILCZENIE HIOBA – ODPOWIEDZIĄ BOGU (Job 40, 1-5)
1. Odpowiadał dalej Pan Hiobowi i rzekł:
2. Kto prawuje się z Wszechmogącym, niech pouczy! Kto oskarża Boga,
niech odpowie!
3. I odpowiedział Hiob Panu, i rzekł:
4. Otom jest nędzny, co Tobie odpowiem? Rękę moją położę na ustach.
5. Raz mówiłem i nie ozwę się wię cej. Nawet dwa razy, ale już nie będę .

„Lament świętokrzyski
(Posłuchajcie, bracia miła)”
Planctus (Ż ale Matki Boskiej pod krzyżem) należ y do cyklu tzw. pieśni
łysogó rskich, pochodzą cych z II połowy XV wieku. Utwó r ten mieści się w
nurcie poezji dolorystycznej (łac. dolor – bó l) i uznany został za arcydzieło liryki
średniowiecznej.
Wiersz ma charakter monologu lirycznego (bardzo zró ż nicowanego
wewnętrznie ze względu na obecność wielu adresató w) Matki, któ ra cierpi,
bezradnie patrzą c na męki i śmierć syna.
Ś więty Jan, przedstawiają c w Ewangelii śmierć Chrystusa na krzyż u, z prostotą
pisze: Aobok krzyża stały: Matka Jego... (J.19,25), a potem dodaje, ż e
Zbawiciel, mimo cierpienia, spojrzał na Maryję i w ostatnim akcie wspó łczucia
polecił Ją opiece swojego ukochanego ucznia.
Anonimowy autor Planktusa sugestywnie przedstawia przeż ycia Matki, pró bują c
ukazać , co czuła ta nieszczęśliwa kobieta. Matka zwraca się do syna, ż alą c się,
ż e nie moż e w ż aden sposó b ulż yć jego cierpieniom, np. mó wi:
Synku, bych cię nisko miała,
Niecoć bych ci wspomagała:
Twoja głowka krzywo wisa, tęć bych ja podparła;
Krew po tobie płynie, tęć bych ja utarła;
Picia wołasz, piciać bych ci dała,
Ale nie lza dosią c twego świętego ciała.
Liczne zdrobnienia, pieszczotliwe określenia, wołacze ukazują skalę uczuć jej
wewnętrznych przeż yć .
Pod wpływem bó lu Matka zwraca się z wyrzutem do Anioła Gabriela, któ ry
kiedyś zwiastował jej narodziny Chrystusa, zapowiadają c czas wielkiej radości.
A oto, mó wi Matka,
[...] ja pełna smutku i żałoś ci.
Sprochniało we mnie ciało i moje wszytki koś ci.
Lament kończy się przejmującym i jakż e bolesnym stwierdzeniem:
Nie mam ani będę mieć jinego,
Jedno ciebie, Synku, na krzyżu rozbitego.

Jan Kochanowski „Treny”
Treny, wydane drukiem w Krakowie w 1580 roku, to cykl 19 utworó w,
napisanych przez Jana Kochanowskiego po śmierci có rki. Tragedia ta stała się
przyczyną wielkiego cierpienia poety.
Bohaterami tego wzruszają cego dzieła są dwie osoby: dwuipó łletnia,
utalentowana Urszulka, skazana na przedwczesną śmierć, i nie mogą cy
pogodzić się ze stratą ojciec, któ ry pod wpływem cierpienia przeżywa kryzys
wiary w dotychczas wyznawane wartości.
Zrozpaczony ojciec często przywołuje we wspomnieniach postać zmarłej
có reczki, malują c jej barwny i wzruszają cy portret. Rozpamiętuje zachowania
Urszulki w ró żnych sytuacjach. Opisuje jej wyglą d, stroje. Wylicza niezwykłe
zalety i umiejętności swojej wdzię cznej szczebiotki drogiej.
Widzimy zatem małą dziewczynkę (wię cej nad trzydzieści miesię cy nie miała),
z kręconymi włoskami, rumianą twarzyczką , ubraną w białą koszulkę, gdy po
paciorek [...] przychodziła, / Skoro z swego posłania rano sie ruszyła.
Innym razem obserwujemy, jak bawi się, stroi pocieszne miny, naśladuje gesty
starszych, a za chwilę podbiega do drzwi, by przywitać powracają cego do domu
ojca, któ ry wspomina, że miała zwyczaj:
Zawż dy przeciwko ojcu wszytki przebyć progi,
Zawż dy sie uradować i przywitać z drogi,
Każ dej roboty pomoc, do każ dej posługi
Uprzedzić było wszytki rodzicó w sw(y)ch sługi.
(XII, w. 15-18)
To znó w roześmiana szczebiotka biega po domu i nuci piosenki, któ re sama
układa (Nowe piosenki sobie tworzą c, nie zamykają c / Ustek nigdy, ale cały
dzień przyśpiewają c).
Każdy tren wzbogaca portret Urszulki o nowe szczegó ły. Była dzieckiem
wrażliwym i delikatnym, któ re zbolały ojciec poró wnuje do roślinki nie
przystosowanej do surowego klimatu. W trenie VIII mowa jest o jej miłości do
rodzicó w, któ rych zawsze umiała rozweselić swoim żywym usposobieniem,
śmiechem i pieszczotami:
Tyś za wszytki mó wiła, za wszytki śpiewała,
Wszytkiś w domu ką ciki zawż dy pobiegała.
Nie dopuściłaś nigdy matce się frasować
Ani ojcu myśleniem zbytnim głowy psować,
To tego, to owego wdzię cznie obłapiają c
I onym swym uciesznym śmiechem zabawiają c.
(w. 5-10)
Najwięcej cech Urszulki wymienia zrozpaczony ojciec w trenie XII. Była
dziewczynką schludną , rezolutną , skromną , układną , pracowitą , religijną . Nigdy
nie grymasiła, nie sprzeciwiała się rodzicom:
A też ledwie sie kiedy dziecię urodziło,
Ci by łaski rodzicó w swych tak godne było.
Ochędoż ne, posłuszne, karne, nie pieszczone,
[...]
Każ dego ukłon trefić, wyrazić postawę ,
Obyczaje ponień skie umieć i zabawę ;
Roztropne, obyczajne, ludzkie, nierzewniwe,
Dobrowolne, układne, skró mne i wstydliwe.
Nigdy ona po ranu karmie nie wspomniała,
Aż pierwej Bogu swoje modlitwy oddała.
Nie poszła spać, aż pierwej matkę pozdrowiła
I zdrowia rodzicó w swych Bogu poruczyła.
(XII, w. 3-14)
W niektó rych trenach poeta tworzy wyidealizowany portret Urszulki,
wyolbrzymiają c jej zdolności, przypisują c umiejętności i talenty, któ rych nie
mogła posiadać dwuipó łletnia dziewczynka. Już w dedykacji poprzedzają cej
Treny zaznacza, że Urszulka była dzieckiem wyją tkowym:
ORSZULI KOCHANOWSKIEJ,
WDZIĘCZNEJ, UCIESZONEJ, NIEPOSPOLITEJ DZIECINIE, KTÓRA CNÓT
WSZYSTKICH I DZIELNOŚCI PANIEŃSKICH POCZĄTKI WIELKIE
POKAZAWSZY, NAGLE, NIEODPOWIEDNIE W NIEDOSZŁYM WIEKU
SWOIM, Z WIELKIM A NIEZNOŚNYM RODZICÓW SWYCH Ż ALEM
ZGASŁA.
JAN KOCHANOWSKI, NIEFORTUNNY OCIEC,
SWOJEJ NAMILSZEJ DZIEWCE A ŁZAMI NAPISAŁ.
NIE MASZ CIĘ, ORSZULO MOJA!
W trenie VI poró wnuje dziewczynkę z Safoną , sławną grecką poetką .
Wspomina, że Urszulka wykazywała zdolności poetyckie, z któ rymi wią zał
ogromne nadzieje, widzą c w niej spadkobierczynię swojej lutni. W drugiej
części tego trenu Kochanowski przytacza pieśń , któ rą jakoby có reczka żegnała
się tuż przed śmiercią z matką :
A tyś ani umierają c śpiewać przestała,
Lecz matkę , ucałowawszy, takeś ż egnała:
„Już ja tu tobie, moja matko, służ yć nie będę
Ani za twym wdzięcznym stołem miejsca zasiędę ;
Przyjdzie mi klucze położ yć, samej precz jechać,
Domu rodzicó w swych miłych wiecznie zaniechać”.m
(VI, w. 13-18)
J. Pelc stwierdził, że trudno dziś orzec, czy poeta wiersze te przeją ł z
obrzędowej pieśni weselnej śpiewanej przez pannę młodą przy przenosinach z
domu rodzicielskiego do mę ż owskiego, czy też na wzó r takich pieśni sam je
złoż ył. (J. Pelc w przypisie do w. 15-18 Trenu VI)
J. Krzyżanowski dopatrzył się tu podobień stwa między pieśnią Urszulki a skargą
prowadzonej na śmierć Antygony, tytułowej bohaterki dramatu Sofoklesa.
O tym, że Urszulka umiała śpiewać, mó wić, rymować, wspomina także poeta w
trenie XII. Przypisywanie có rce wyją tkowych zdolności jest uzasadnione.
Wyjaśnia to bowiem czytelnikowi ó w przejmują cy bó l, któ rego załamany
śmiercią dziecka ojciec nie potrafi ukryć.
Choć Kochanowski poświęcił tak dużo miejsca sportretowaniu Urszulki, to nie
ona jednak jest głó wnym bohaterem cyklu, lecz cierpią cy po jej śmierci ojciec,
któ ry nie umie pogodzić się ze stratą . J. Pelc zauważa, że opisywanie có reczki
jest pretekstem do ukazania przeż yć głó wnego bohatera, ojca poety, jego
rozpaczy, bó lu, kryzysu wiary w dotychczasowe ideały i pró by odnalezienia
punktu oparcia, punktu ró wnowagi wewnę trznej (J. Pelc, J. Kochanowski,
Treny). Już w trenie I, by podkreślić ogrom cierpienia, poeta przyzywa:
Wszytki płacze, wszytki łzy Heraklitowe
I lamenty, i skargi Simonidowe,
Wszytki troski na świecie, wszytki wzdychania
I ż ale, i frasunki, i rę k łamania
aby pomogły mu opłakiwać śmierć dziecka. Przejmują cy bó l ojca, któ ry darzył
swoją có rkę niezwykle głębokim uczuciem, budzą wspomnienia jej gestó w,
słó w, zachowań :
O słowa! o zabawo! o wdzięczne ukłony!
Jakoż em ja dziś po was wielce zasmęcony!
(III, w. 7-8)
Wzruszenie budzi widok ubranek należą cych do dziecka, gorycz wzbudza
pustka, jaka po jego śmierci nastą piła w domu, w któ rym jeszcze tak niedawno
rozlegał się radosny, dziecięcy szczebiot.
Nieszczęsne ochędó stwo, ż ałosne ubiory
Mojej namileszej cory,
Po co me smutne oczy za sobą cią gniecie?
Ż alu mi przydajecie.
Już ona członeczkó w swych wami nie odzieje -
Nie masz, nie masz nadzieje!
(VII, w. 1-6)
Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.
(VIII, w. 1-4)
Często ojciec zwraca się do okrutnej śmierci lub bezpośrednio do có reczki,
tłumaczą c ogrom swojego cierpienia tym, iż dziewczynka zmarła w zbyt
młodym wieku, nie zaznawszy radości życia. Wraz z jej śmiercią pogrzebane
zostały nadzieje ojca w niej pokładane.
Bó l, któ ry on przeżywa, jest tak dotkliwy, iż niekiedy wydaje się mu, że jedynie
śmierć zdołałaby go ukoić.
Zgwałciłaś, niepoboż na śmierci, oczy moje,
Ż em widział umierają c miłe dziecię swoje.
Widziałem, kiedyś trzę sła owoc niedordzały,
A rodzicom nieszczesnym serca sie krajały.
Nigdyć by ona była bez wielkiej ż ałości
Mojej umnrzć nie mogła, nigdy bez cię ż kości
I serdecznego bolu, w któ rymkolwiek lecie
Mnie by smutnego była odbiegła na świecie;
Alem ja już z jej śmierci nigdy ż ałościwszy,
Nigdy smutniejszy nie mó gł być ani teskliwszy.
A ona (by był Bó g chciał) dłuż szym wiekiem swoim
Siła pociech przymnoż yć mogła oczom moim.
A przynajmniej tym czasem mogłem był odprawić
Wiek swó j i Persefonie ostatniej sie stawić,
Nie uczuwszy na sercu tak wielkiej ż ałości,
Któ rej ró wnia nie widzę w tej tu śmiertelności.
(IIII, w. 1-16)
Przed oczyma rodzicó w swoich rostą c, mało
Od ziemie sie co wznió zwszy, duchem zaraż liwym
Srogiej śmierci otchniona, rodzicom troskliwym
U nó g martwa upadła. O zła Persefono,
Mogłaż eś tak wielu łzam dać upłyną ć płono?
(V, w. 10-15)
Ucieszna moja śpiewaczko! Safo słowień ska,
Na któ rą nie tylko moja czą stka ziemień ska,
Ale i lutnia dziedzicznym prawem spaść miała.
Tęś nadzieję już po sobie okazowała,
Nowe piosnki sobie tworzą c, nie zamykają c
Ustek nigdy, ale cały dzień prześpiewają c.
[...]Nagle cię sroga
Śmierć spłoszyła, moja wdzię czna szczebiotko droga.
Nie nasyciłaś mych uszu swymi piosnkami
I tę trochę teraz płacę sowicie łzami.
(VI, w. 1-12)
Wielkieś nadzieje w moim sercu roznieciła,
Potymeś mię smutnego nagle odbież ała
I wszytki moje z sobą pociechy zabrała.
(XIII, w. 10-13)
O prawo krzywdy pełne! O znikomych cieni
Sroga, nieubłagana, nieuż yta ksieni!
Tak li moja Orszula, jeszcze ż yć na świecie
Nie umiawszy, musiała w rannym umrzeć lecie?
I nie napatrzawszy sie jasności słonecznej
Poszła nieboga widzieć krajó w nocy wiecznej.
[...]
A miasto pociech, któ re winna z czasem była
Rodzicom swym, w cię ż kim je smutku zostawiła.
(II, w. 21-30)
Nie lza, nie lza, jeno sie za tobą gotować
A stopeczkami twymi ciebie naszladować.
Tam cię ujż rzę , do Pan Bó g, a ty wię c z drogimi
Rzuć sie ojcu do szyje ręczynkami swymi.
(III, w. 11-14)
Rozpacz ojca jest tak wielka, że na myśl przychodzi mu skamieniała z żalu
Niobe, z któ rej uczuciami poró wnuje swó j bó l:
Nie dziwuję Nijobie, ż e na martwe ciała
Swoich najmilszych dziatek patrzą c skamieniała.
(IIII, w. 17-18)
O tym, jakim wstrzą sem dla poety była śmierć Urszulki, świadczy przede
wszystkim to, że dotknięty cierpieniem ojciec– filozof przeżywa głęboki kryzys
wiary w wartości, któ re dotychczas wyznawał i cenił. Z przerażeniem stwierdza,
że poglą dy, któ re dotą d głosił, nie przydadzą się na nic człowiekowi, któ ry
stracił ukochane dziecko.
W Pieśniach Kochanowski, wyznawca filozofii stoickiej, uczył:
A nigdy nie zabłą dzi,
Kto tak umysł narzą dzi,
Jakoby umiał szczęście i nieszczęście znosić,
Temu mę ż nie wytrzymać, w owym sie nie wznosić.
(I, w. 9)
Lecz na szczęście wszelakie
Serce ma być jednakie;
Bo z nas Fortuna w ż ywe oczy szydzi,
To da, to weźmie, jako sie jej widzi.
(II, w. 9)
W trenie IX, nie umieją c znaleźć ukojenia w mą drości filozoficznej, głęboko
rozczarowany, stwierdza z goryczą :
Nieszczęśliwy ja człowiek, któ rym lata swoje
Na tym strawił, ż ebych był uż rzał progi twoje.
Terazem nagle z stopnió w ostatnich zrzucony
I miedzy insze, jeden z wiela, policzony.
(w. 17-20)
Uświadamia sobie ró wnież, że i cnota [virtus], wartość dotą d najwyżej przez
niego ceniona, o któ rej tylekroć wspominał w pieśniach i fraszkach, wobec
tragedii, któ ra go spotkała, stała się bezużyteczną , nic nie znaczą cą wartością .
Z ironią więc powtarza:
”Fraszka cnota!” – powiedział Brutus poraż ony.
Fraszka, kto sie przypatrzy, fraszka z każ dej strony!
(XI, w. 1-2)
Śmierć dziecka zburzyła w poecie ró wnież niezachwianą dotą d wiarę w Boga,
ład i harmonię stworzonego przez niego świata. Ojciec– chrześcijanin nie potrafi
znaleźć odpowiedzi na pytania o sens śmierci có rki i o to, gdzie trafiła jej dusza
po śmierci.
W trenie X zadaje dziecku pytanie: Orszulo moja wdzię czna, gdzieś mi się
podziała? i sam sobie stara się na nie odpowiedzieć, z rozpaczą poszukują c
śladó w obecności có rki w miejscach, gdzie, według wierzeń chrześcijań skich,
starożytnych i pogań skich, przebywają dusze zmarłych. Wreszcie zastanawia
się, czy dusza Urszulki w ogó le gdzieś się znajduje, co widoczne jest w pełnym
wą tpliwości w istnienie życia pozagrobowego stwierdzeniu:
Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest.
(w. 15)
W trenie XI pojawiają się zaś wypowiedzi, któ re świadczą o zwą tpieniu w boską
Opatrzność i sprawiedliwość:
Kogo kiedy poboż ność jego ratowała?
Kogo dobroć przypadku złego uchowała?
Nieznajomy wró g jakiś miesza ludzkie rzeczy,
Nie mają c ani dobrych, ani złych na pieczy.
(w. 3-6)
W tym samym trenie jednocześnie uświadomi sobie, że traci rozsą dek:
Ż ałości, co mi czynisz? Owa już oboje
Mam stracić: i pociechę , i baczenie swoje?
(w. 15-16)
i zaraz potem swoje zwą tpienie w boską Opatrzność usprawiedliwi ogromem
miłości do dziecka i cierpieniem wywołanym jego stratą :
Ż aden ociec podobno barziej nie miłował
Dziecię cia, ż aden barziej nad mię nie ż ałował.
(XII, w. 1-2)
Od tej chwili zaczniemy obserwować stopniowe ukojenie bó lu, walkę z własnym
zwą tpieniem i pró bę odbudowania wiary. Nie nastą pi to co prawda
natychmiast, gdyż w trenie XII raz jeszcze do głosu powró cą wspomnienia o
dziecku i jego licznych zaletach. W trenie XIII znó w ojciec gorzko zapłacze nad
śmiercią dziecka, wspomni o pokładanych w nim nadziejach i uświadomi sobie,
że strata jest nieodwracalna, co podkreśli stylizowanym na napis nagrobkowy
fragmentem koń czą cym utwó r:
ORSZULA KOCHANOWSKA TU LEŻ Y, KOCHANIE
OJCOWE, ALBO RACZEJ PŁACZ I NARZEKANIE.
OPAKEŚ TO, NIEBACZNA ŚMIERCI, UDZIAŁAŁA:
NIE JAć ONEJ, ALE MNIE ONA PŁAKAć MIAŁA.
(w. 17-20)
Myśli jeszcze, by jak Orfeusz pó jść do Kró lestwa Plutona i błagać go o
zwró cenie dziecka, jeszcze raz przywołuje postać Niobe, szukają c pocieszenia
w historii matki, któ ra straciła czternaścioro dzieci.
A ty mię zostawaj, wdzię czna lutni moja,
Ale ze mną po społu pó dź aż do pokoja
Surowego Plutona: owa go <to> łzami,
To tymi ż ałosnymi zmiękczywa pieśniami,
Ż e mi moję namilszą dziewkę jeszcze wró ci,
A ten nie uśmierzony we mnie ż al ukró ci.
Zginą ć ci mu nie moż e; tuć sie wszystkim zostać,
Niech sie tylko niedoszłej jagodzie da dostać.
Gdzie by też tak kamienne ten Bó g serce nosił,
Ż eby tam smutny człowiek już nic nie uprosił?
(XIIII, w. 7-16)
Erato złotowłosa i ty, wdzię czna lutni,
Ską d pociechę w swych troskach biorą ludzie smutni!
Uspokó jcie na chwilę stropioną myśl moję ,
Pó ki jeszcze kamienny w polu słup nie stoję ,
Leją c ledwe nie krwawy płacz przez marmó r ż ywy,
Ż alu cię ż kiego pamięć i znak nieszczęśliwy.
Mylę sie? czyli, patrzą c na ludzkie przygody,
Skromniej człowiek uważ a i swe własne szkody?
Nieszczę sna matko [...]
[...]
Gdzie teraz twych siedm' synó w i dziewek tak wiele?
Gdzie pociecha? gdzie radość? i twoje wesele?
(XV, w. 1-12)
Ojciec– filozof szuka też ukojenia w filozofii stoickiej i niestety po raz kolejny
stwierdza jej nieprzydatność. Z ironią więc mó wi:
W dostatku będą c, ubó stwo chwalemy,
W rozkoszy – ż ałość lekce szacujemy.
A pó ki wełny ską pej przą dce zstaje,
Śmierć nam za jaje.
Lecz kiedy nę dza albo ż al przypadnie,
Ali ż yć nie tak, jak mó wić snadnie,
A śmierć dopiero w ten czas nam zależ y,
Gdy już k'nam bież y.
(XVI, w. 13-20)
Filozof dochodzi do nowych stwierdzeń na temat natury człowieka, któ ry w
obliczu tragedii ma prawo do płaczu i cierpienia, bo:
Człowiek nie kamień , a jako sie stawi
Fortuna, takich myśli nas nabawi.
(XVI, w. 37-38)
Uważa też, że jedynym lekarstwem na cierpienie jest czas ojciec niepamię ci.
I wreszcie poeta zwraca się do Boga. W gorą cej modlitwie jedno z
nieposłusznych [...] dzieci przeprasza Stwó rcę za swoje winy i znajduje
ukojenie w głębokim przeświadczeniu, że wymierzona mu przez Boga– Ojca
kara, śmierć dziecka, była sprawiedliwa i że miłosierny Pan wybaczy mu chwile
zwą tpienia:
Ale od wieku Twoja lutość słynie,
A pierwej świat zaginie,
Niż Ty wzgardzisz pokornym,
Chocia był długo przeciw Tobie spornym.
Wielkie przed Tobą są występy moje,
Lecz miłosierdzia Twoje
Przewyż sza wszytki złości.
Uż yj dziś, Panie, nade mną litości!
(XVIII, w. 21-28)
Pocieszenie i uspokojenie przynosi sen, w któ rym śpią cemu poecie pojawia się
matka z Urszulką na ręku i wyjaśnia mu, że śmierć dziecka, któ re jest
szczęśliwe w niebie, nastą piła z wyroku Boga i dlatego musi się z nią pogodzić,
choć nie zawsze boska sprawiedliwość jest zrozumiała dla człowieka.
Odchodzą c, matka zostawia ważne pouczenie:
Tego sie, synu, trzymaj, a ludzkie przygody
Ludzkie noś! Jeden jest Pan smutku i nagrody.
(XIX, w. 155-156)
Treny to niewą tpliwie najpiękniejsze dzieło Jana Kochanowskiego i jednocześnie
jeden z najbardziej wzruszają cych pamiętnikó w bó lu i cierpienia, jakich doznaje
człowiek po stracie bliskiej osoby.
Trafnie ocenił cykl Ignacy Chrzanowski. Na zakoń czenie przytoczmy więc jego
wypowiedź na temat Trenó w i ich głó wnego bohatera:
Oto co przecierpiał Kochanowski po stracie Orszulki. Piorun nieszczęścia
nie tylko nie zdruzgotał jego duszy, ale ją podnió sł i uszlachetnił: przez
smutek, bó l, rozpacz, pustkę w duszy i zwą tpienie doszedł poeta do
ukojenia, któ re po długim szukaniu znalazł w Bogu; wyrzekł się
mą drości pogań skiej i uwierzył w mą drość chrześcijań ską , któ ra uczy,
ż e cierpienie jest nie tylko czymś zupełnie naturalnym i potrzebnym,
ale i zbawiennym, ż e nic tak zbolałej duszy nie koi, jak pokorna wiara
w niezbadane wyroki Opatrzności, ż e nieszczęście to nieraz
sprawiedliwa kara, któ rą Bó g zsyła na człowieka dla jego własnego
dobra, i ż e trwałego szczęścia na ziemi nie ma. Przez takie uję cie
przebiegu i celu cierpienia „Treny” są nie tylko poetycznym
zwierciadłem bó lu rodzicielskiego po śmierci dziecka; są czymś duż o
jeszcze większym, bo zwierciadłem każ dego wielkiego cierpienia, któ re
czują cą , myślą cą i wierzą cą duszę chrześcijań ską oczyszcza i podnosi.
Niektó re myśli i niejeden pomysł poetycki (na przykład pomysł widzenia
sennego, nie mó wią c już o Niobie i Orfeuszu), niejedno wyraż enie czy
poró wnanie zawdzię cza Kochanowski literaturze staroż ytnej; ale
uczucie bó lu w nieszczęściu i płyną ce z tego źró dła inne uczucia wzią ł z
własnego serca. Z własnego takż e serca i z własnego rozumu wzią ł
przekonanie, ż e mą drość staroż ytna stoikó w ze swoim przykazaniem,
aby człowiek był drewnem czy kamieniem na bó l i cierpienie, jest
nieludzka, bo z naturą ludzką sprzeczna. Otó ż ludzka prawda uczuć i
myśli jest głó wną tajemnicą piękności i kamieniem węgielnym
wiekuistej wartości „Trenó w”.

Johann Wolfgang Goethe
„Cierpienia młodego Wertera”
Cierpienia młodego Wertera to powieść Johanna Wolfganga Goethego,
najwybitniejszego przedstawiciela niemieckiego preromantyzmu, zwanego
okresem burzy i naporu (Sturm und Drang Periode), wydana po raz pierwszy w
1774 roku.
Powieść ma formę listów pisanych przez tytułowego bohatera do przyjaciela
–Wilhelma. W skład utworu wchodzą też dwa listy do ukochanej Loty i jeden do
Alberta oraz noty od „wydawcy”.
W Cierpieniach młodego Wertera Goethe kreuje postać młodzieńca o
wyostrzonej wrażliwoś ci, o wiecznie niespokojnym i nie nasyconym sercu,
skłonnego do egzaltacji i poetyzacji życia, wreszcie człowieka często
uciekającego w świat marzeń.
Werter to młodzieniec, który kieruje się uczuciem. Do ludzi i świata podchodzi
w sposób bardzo emocjonalny. Silnie wszystko przeżywa, często wzrusza się i
tonie we łzach.
Wspomnienie takiej sceny, której byłem świadkiem, owładnęło mnie
przy tych słowach z całą potęgą . Zasłoniłem chustką oczy i opuściłem
towarzystwo i jeno głos Loty, która wołała: – Jedźmy! – przywróciło
mnie do przytomności. Jak mnie łajała po drodze za zbyt gorą cy udział
we wszystkim! I że zginę z tego powodu! Ż e powinienem się szanować!
Werter został obdarzony szczególną zdolnoś cią odczuwania natury. Jest
podatny na zmiany, jakie w niej zachodzą. W jego duszy, tak jak w przyrodzie,
dominują nastroje pogodne, wiosenne i ponure „jesienne”. Kiedy jest
szczęś liwy, mówi: Przedziwna pogoda ogarnęła mą duszę podobna tym słodkim
rankom wiosennym, których używam całym sercem.
[...] ta młoda pora roku ogrzewa w całej pełni moje odrę twiałe serce.
Każde drzewo, każdy żywopłot jest bukietem kwiecia i człowiek rad by
się stać chrzą szczem majowym, by się unosić w tym morzu zapachów i
móc czerpać z niego cały swój pokarm.
Kiedy ogarnia go coraz większa melancholia i cierpienie, wyznaje: Tak, tak jest.
Gdy przyroda skłania się ku jesieni, jesień nastaje i we mnie, i dookoła mnie.
Moje liście żółkną , a liście są siednich drzew już nawet opadły.
Wertera cechuje skłonność do refleksji nad sobą i światem. Odczuwa ciągłą
potrzebę analizowania swoich stanów psychicznych, zagłębiania się w siebie.
Często wspomina o swoich skomplikowanych uczuciach, o „sercu”. Pisze na
przykład: Obchodzę się też ze swoim serduszkiem jak z chorym dzieckiem:
wszelkiej jego chę ci staje się zadość. Nie powiadaj tego dalej; są ludzie, którzy
by mi to wzię li za złe. Innym razem stwierdza: Ach! to tak uciska serce! lub Nic
tak nierównego, niespokojnego, jak to serce. Nieraz daje się ponosić zmiennym
nastrojom i, jak stwierdza, przechodzi z troski do swawoli i ze słodkiej
melancholii do zgubnej namię tności.
W listach do przyjaciela Werter często wspomina o swojej samotnoś ci i
wyobcowaniu, jednak i sam nie stara się zbliżyć do ludzi i świata, gdyż ma
świadomość, że nie został on stworzony na jego miarę; między sobą a światem
wyczuwa nieusuwalną przepaść. Drażnią go obowiązujące w nim zasady
moralne i społeczne. Ma też świadomość własnej wyjątkowoś ci i innoś ci. Za
bardzo również przejmuje się sobą i stanami swojej duszy, aby dostrzec innych
ludzi i ich problemy. W trakcie tak długo trwającej korespondencji z Wilhelmem
nie pyta na przykład nigdy o jego myś li czy przeżycia. Listy do przyjaciela
traktuje raczej jako swoisty pamiętnik, w którym zapisuje swoje przemyś lenia,
analizuje rozterki i doznania.
A jednak być niezrozumianym to los takich jak my!
[...]
Ż e życie ludzkie jest tylko snem, zdawało się już niejednemu. I mnie
również uczucie to stale towarzyszy. Gdy widzę , jak ograniczone są
czynne i badawcze siły człowieka; gdy widzę , jak wszelka działalność
zmierza do tego, by uczynić zadość potrzebom, które znowu nie mają
innego celu jak ten, by przedłużyć nasze bierne istnienie, a nastę pnie,
gdy widzę , że wszelkie uspokojenie się co do pewnych punktów
dociekań jest tylko senną rezygnacją , gdyż człowiek maluje sobie
pstrymi postaciami i jasnymi widokami ściany, wśród których jest
zamknię ty – to wszystko, Wilhelmie, odbiera mi mowę! Wracam w
siebie i znajduję świat! Znowu raczej w przeczuciu i niejasnym
pożą daniu niż w rzeczywistym kształcie i w żywej sile. I wtedy
przepływa wszystko przed mymi zmysłami i uśmiecham się dalej
marzą co do świata.
Werter, „jednostka niepospolita”, indywidualista tęskniący za głębokim
uczuciem (po wysłuchaniu opowieś ci parobka o jego miłoś ci do wdowy) mówi:
obraz tej wierności i czułości prześladuje mnie wszę dzie i ja sam, jakby tym
rozpalony, pragnę i tę sknię . Pewnego dnia poznaje Lotę, w której zakochuje się
od pierwszego wejrzenia. Widzi w niej ucieleś nienie kobiety, na którą czekał i o
której marzył.
Rozbudzona namiętność zdominowała jego życie bez reszty. W listach do
Wilhelma pisze o poznaniu Loty, wyraża zachwyt ukochaną, opowiada o
wspólnych spacerach, rozmowach. Analizuje wnikliwie swoje przeżycia i
doznania.
Kiedy przybywa narzeczony Loty Albert, o którego istnieniu Werter wiedział od
początku, obok słowa „miłoś ć” coraz częś ciej zacznie się pojawiać „cierpienie”
oraz refleksje na temat życia i śmierci.
Werter poetyzuje miłość, która stanowi dla niego treść życia. Uczucie łączące
kochanków jest idealne i czyste.
Nie pojmuję czasem, jak ktoś inny m o ż e ją kochać, ś m i e ją kochać,
gdy ja kocham ją tak wyłą cznie, tak gorą co, tak pełnym uczuciem; nic
innego nie znam ani wiem, ani mam – prócz niej.
Gdy w rozmowie kładzie swą rękę na moją i wśród przeję cia się
tematem bliżej się do mnie przysuwa, gdy boski oddech jej ust dosięga
warg moich, zda mi się , że padam jakby rażony piorunem. [...] Jest dla
mnie świę ta. Wszelka żą dza milczy w jej obecności.
Miłość, według Wertera, to podobne upodobania, taki sam sposób myś lenia i
postrzegania świata, „podobieństwo duchowe”. To przeznaczenie, od którego
kochankowie nie uwolnią się nigdy, gdyż ich dusze połączone zostały
nierozerwalnym łańcuchem, na wieki. W liś cie, w którym Werter żegna się z
ukochaną, stwierdza:
Zobaczymy się znów [...] rozpoznamy się pod wszystkimi postaciami.
Miłość, którą przeżywa Werter, to siła budująca i niszcząca zarazem. Nadaje
sens ludzkiemu życiu, stanowi o jego wartoś ci, ale też jest to uczucie nie
spełnione, będące przyczyną ogromnego cierpienia.
Prześ ledźmy niektóre wypowiedzi Wertera, najwyraźniej ilustrujące, czym dla
niego była miłość, uczucie, które zdeterminowało jego życie, stało się źródłem
straszliwego cierpienia, sprowokowało myś li o samobójstwie, a wreszcie
pchnęło do popełnienia tego czynu.
Tuż po poznaniu Loty Werter z właś ciwym sobie entuzjazmem i z egzaltacją
pisze do Wilhelma:
[...] zawią załem znajomość, która bliżej obchodzi moje serce.
Znajomość... nie wiem.
[...]
Anioła? – Fe! To mówi każdy o swojej! Prawda? A jednak nie jestem
zdolny wypowiedzieć ci, jak jest doskonała, dlaczego jest doskonałe;
dość, że opę tała całą moją duszę .
[...] cała ma dusza była wypełniona jej postacią , jej głosem, jej
zachowaniem się .
[...]
Jakżem się wśród rozmowy upajał czarnymi oczyma! Jak te żywe wargi i
świeże, hoże policzki pociągały mą duszę ! Jakżem, zatopiony we
wspaniałą treść jej mowy, nie słyszał czasem nawet słów, które
wypowiadała! – O tym masz poję cie, bo mnie znasz. Słowem,
wysiadłem z powozu jak we śnie, gdyśmy przystanę li przed willą , i
byłem tak zatopiony w marzeniach wśród pogrążają cego się w
zmierzchu świata, że ledwo zważałem na muzykę , która płynęła ku nam
z oświetlonej sali.
[...]
Odtą d niech słońce, księżyc i gwiazdy gospodarują spokojnie, ja nie
znam dnia ni nocy i cały świat zatraca się wokoło mnie.
[...]
Przeżywam dni tak szczęśliwe, jakie Bóg chowa dla swych świę tych;
niech się ze mną stanie, co chce, nie bę dzie mi wolno powiedzieć, że nie
zaznałem radości, najczystszych radości życia. [...] czuję samego siebie
i całe szczęście, które dane jest człowiekowi.
[...]
– Zobaczę ja! – wykrzykuję rankiem, gdy się obudzę i z całą radością
spojrzę na pię kne słońce. – Zobaczę ją ! – I nie mam na cały dzień
innego już życzenia. Wszystko, wszystko skupia się w tej nadziei.
[...]
Tak, czuję i mogę dowierzać sercu memu, że ona – czyż śmiem, czyż
mogę wyrazić niebo w tych słowach? – że ona mnie kocha.
Mnie kocha! Jakże wartościowy staję się sam dla siebie. [...] jak ja sam
siebie uwielbiam, odką d ona mnie kocha.
Spotkania i rozmowy z Lotą czynią z Wertera człowieka szczęś liwego i
spokojnego; stan ten nie trwa jednak zbyt długo. Miłość Wertera od samego
początku skazana była na niepowodzenie, gdyż Lota kochała Alberta. Jego
przyjazd oznaczał więc dla Wertera utratę nadziei na wspólne życie z
ukochaną. 30 lipca pisze do Wilhelma, m.in.:
Albert przybył. Odjadę . Choćby był najlepszym, najszlachetniejszym
człowiekiem, [...] nieznośnym byłoby go widzieć przed sobą w
posiadaniu tych doskonałości. [...] Szczęśliwym trafem nie byłem przy
powitaniu! Widok ten rozdarłby mi chyba serce.
Od momentu pojawienia się narzeczonego Loty miłość Wertera nie słabnie,
wręcz przeciwnie, uczucie staje się coraz silniejsze.
Mam tak wiele, a uczucie dla niej pochłania wszystko; mam tak wiele, a
bez niej wszystko staje się niczym.
[...]
Wilhelmie, czym jest dla naszego serca świat bez miłości! Czym jest
latarnia magiczna bez światła!
[...]
To przecie pewne, że nic na świecie nie czyni człowieka potrzebnym,
jeno miłość.
[...]
Cóż znaczy ta szalona, bezkresna namię tność? Nie znam już innej
modlitwy jak do niej. W wyobraźni mej nie zjawia się żadna inna postać
prócz niej i wszystko wokoło widzę tylko w zwią zku z nią .
Jednocześ nie Werter z dnia na dzień coraz bardziej cierpi. Trudno mu uwierzyć,
że to, co tworzy szczęście człowieka, stało się źródłem jego cierpienia. Nie
pomaga wyjazd w góry ani późniejsza praca na placówce dyplomatycznej.
Każde spotkanie z Lotą, która w niedługim czasie została żoną Alberta, pogrąża
go w coraz większym smutku, potęguje cierpienie. Werter coraz częś ciej
płacze, przeżywa rozterki etyczne, filozoficzne i emocjonalne. Stopniowo
popada w apatię, przeżywa stany depresji. Ogarnięty myś lą o bezsensie życia,
zastanawia się coraz częś ciej nad samobójstwem, które w końcu popełnia.
Ów rozegzaltowany młodzieniec egzystencję utożsamiał z cierpieniem. Życie,
według niego, to niekończące się nieszczęś cia, które powodują, że człowiek
przestaje dostrzegać jego sens. Natura człowieka. jak twierdzi, ma swe
granice, może znosić radość, cierpienie, ból aż do pewnego stopnia i ginie, gdy
tylko ten stopień przekroczy. Świat jest dla Wertera więzieniem, które
ogranicza człowieka, niszczy jego indywidualność, stąd samobójstwo staje się
formą wyzwolenia, ucieczki od cierpienia.
[...] jest losem ludzkim wycierpieć swą miarę , wypić swój puchar.
A jeśli puchar był pełen goryczy dla człowieczych warg Boga zesłanego
z nieba, czemuż ja mam udawać i kłamać, że jest mi słodki? I czemuż
miałbym się wstydzić w tej strasznej chwili, gdy cała ma istota drży
mię dzy bytem i niebytem, gdy przeszłość jak błyskawica świeci nad
ciemną przepaścią przyszłości i wszystko zapada się wokoło mnie, i
świat ze mną ginie? Czy nie woła we mnie głos istoty zdanej na samą
siebie, zatracają cej się , spadają cej niepowstrzymanie w przepaść,
istoty, która daremnie czyni wysiłki, aby wydźwignąć się z głę bi, i woła:
„Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?”
Werter w kolejnych listach do Wilhelma, opisując swoje przeżycia, kreś li
jednocześ nie portret człowieka nieszczęś liwego, przeżywającego głęboko
miłosne cierpienia, coraz większą pustkę i bezsens życia.
Przed duszą moją rozsunęła się jakby zasłona i pole nieskończonego
życia zmienia się teraz przede mną w przepaść wiecznie otwartego
grobu.
[...]
To nieszczęście, Wilhelmie! Wszystkie me żywotne siły zmieniły się w
niespokojną gnuśność; nie mogę być bezczynny i nie mogę też wziąć się
do czegokolwiek. Nie mam siły wyobraźni, zrozumienia natury i
wszystkie książki są mi wstrę tne.
[...]
[...] o Wilhelmie, samotne mieszkanie w celi, włosiennica i pas kolczasty
byłyby rozkoszą , której łaknie ma dusza [...] Nie widzę cierpieniu temu
kresu prócz grobu.
[...]
Wieczorem postanawiam zobaczyć wschód słońca, a potem nie wstają z
łóżka; w dzień przyrzekam sobie popatrzeć na księżyc i nie wychodzę z
pokoju. Nie wiem, po co wstaję , po co idę spać.
Zabrakło drożdży, które poruszały me życie; znikł czar, który
podtrzymywał mnie podczas głę bokich nocy i rano budził mnie ze snu.
[...]
Ani się obejrzeć, a już wszystko zmieniło się we mnie. Nieraz radosny
błysk życia już, już znów świta, ach, tylko na chwilę ! Gdy tonę we łzach,
nie mogę obronić się myśli: a gdyby Albert umarł? Ty byłabyś... tak,
ona byłaby... – ścigam majaki, póki nie zawiedzie mnie nad przepaść,
przed którą cofam się z drżeniem.
[...]
Ach, ta pustka! Ta przeraźliwa pustka, którą tu czuję w mej piersi! –
Myślę czę sto: gdybyś ją raz tylko, choć raz przycisnąć mógł do serca,
cała ta pustka zapełniłaby się .
[...]
Bóg świadkiem, kładę się czę sto do łóżka z życzenia, ba, czasem z
nadzieją nieobudzenia się wię cej: rano otwieram oczy, widzę znów
słońce i czuję się nieszczęśliwy.
[...]
Jak mnie prześladuje ta postać! Na jawie i we śnie wypełnia całą mą
duszę. Gdy zamknę oczy, tu, pod mym czołem, gdzie skupia się
wewnę trzna siła widzenia, tkwią jej czarne oczy. Tu! nie mogę ci tego
wyrazić. Gdy zamknę oczy, są pod moją czaszką ; spoczywają we mnie
jak morze, jak przepaść, wypełniają myśli mego czoła.
Ostatni list do Wilhelma Werter napisał 20 grudnia. To, co działo się z
bohaterem tuż przed samobójstwem, stara się zrekonstruować „wydawca” w
swojej nocie. Opisuje więc przygnębienie, w które popadł Werter, jego ostatnie
spotkanie z Lotą, która starała się wytłumaczyć mu, że kocha w niej ideał
kobiety, jaką stworzyła jego wyjątkowa wyobraźnia. Radzi, by wyjechał i
odpoczął. Później przerażona zachowaniem swoim i Wertera, który upadł przed
Lotą w całkowitej rozpaczy, chwycił jej rę ce, cisną ł je do oczu, do czoła;
wyraźnie, stanowczo odrzuca jego uczucie [To po raz ostatni, Werterze! Już
mnie pan nie zobaczy!] Wówczas Werter ostatecznie postanowił popełnić
samobójstwo.
[...] pogrążał się coraz bardziej w bólu i bezczynności; [...] Wszystkie
nieprzyjemności, które kiedykolwiek spotkały go w jego czynnym życiu,
przykrość podczas pracy w poselstwie, wszystko, co mu się poza tym
nie powiodło, co go kiedyś martwiło, nurtowało jego duszę. Zdawał się
przez to wszystko jakby uprawniony do bezczynności; czuł się odcię ty
od wszelkich perspektyw, niezdolny znaleźć jakiś sposób ujmowania
spraw codziennego życia; i tak oddany zupełnie swym uczuciom,
myślom i bezgranicznej namię tności, w wiecznej monotonii swego
smutnego obcowania z miła i ukochana istotą , [...] targają c swe siły,
niszczą c je bez celu i widoku, zbliżał się coraz bardziej do swego
smutnego końca.
[...] coraz bardziej przywykł do tej smutnej myśli i pogodził się z nią ;
postanowienie jego stało się silne i nieodwołalne.
[...]
O! czemuż musiał się pan urodzić z tą porywczością , z tą
niepohamowaną , uporczywą namię tnością do wszystkiego, czego pan
dotknie! [...] miarkuj się pan! [...] Czy nie czuje pan, że się pan łudzi,
dobrowolnie się gubi? Czemuż mnie, Werterze! właśnie mnie, własność
innego? Właśnie to! Boję się , boję się , że tylko niemożność posiadania
mnie czyni mnie w twych oczach tak bardzo pożądaną . – [...] Przemóż
się pan! Podróż rozerwie, musi rozerwać pana. Niech pan szuka, a z
pewnością znajdzie pan godny przedmiot swej miłości.

Adam Mickiewicz „Romantyczność”
Balladę Romantyczność Adama Mickiewicza okreś la się mianem poetyckiego
manifestu romantycznego. W utworze tym bowiem poeta prezentuje
romantyczny światopogląd. Pojawia się tu m.in. typowe dla epoki przekonanie
o istnieniu świata irracjonalnego i możliwości kontaktu z nim jednostek
wybranych, wystę pują odwołania do wierzeń ludowych, a główna postać jest
typową bohaterką romantyczną.
Utwór zbudowany jest z dwóch czę ści: pierwsza przedstawia cierpienia i
przeżycia Karusi, druga ma formę polemiki mię dzy narratorem– romantykiem a
Starcem – klasykiem i racjonalistą.
Przyjrzyjmy się tu bliżej pierwszej czę ści ballady, by, ś ledząc historię Karusi –
dziewczyny z ludu – zrozumieć źródła jej cierpienia.
Karusia, dziewczyna bardzo wrażliwa, głę boko odczuwa śmierć ukochanego
Jasia i nie może pogodzić się z jego utratą. Choć chłopak nie żyje od dwóch lat,
jest zimny i blady jak chusta, czuje jego obecność, widzi go, rozmawia z nim,
gdyż wierzy głę boko, że śmierć ukochanego nie zniszczyła uczucia, które ich
łączyło [Ach! i po śmierci kocha.].
W jej słowach kierowanych do Jasia wyczuwa się ogromny ból zakochanej
dziewczyny, która nie tylko utraciła bliską osobę i nie widzi już sensu życia
[Weź mię , ja umrę przy tobie – prosi], ale też ma świadomość, że każde
spotkanie z ukochanym może trwać krótką chwilę , gdyż chłopak musi odejść
wraz z pianiem koguta.
Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku.
Gdzie znikłeś ? Ach! stój, Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa.
Karusia cierpi też z innego powodu – czuje się osamotniona i niezrozumiana.
Choć tłum, który zebrał się wokół niej, wierzy jej i współczuje, mówi pacierze,
to jednak nie zrozumie jej cierpienia, gdyż nikt przecież nie jest w stanie
odczuć naprawdę tego, co przeżywa druga osoba. Dziewczyna skarży się wię c:
Źle mnie w złych ludzi tłumie,
Płaczę , a oni szydzą;
Mówię , nikt nie rozumie:
Widzę , oni nie widzą!
Rozpacz i cierpienie sprawiają, że zachowanie dziewczyny wykracza poza
granice normalności. Karusia sprawia wrażenie obłąkanej. W dzień biały mówi
do Jasia Tyżeś to w nocy, jej ruchy są chaotyczne, popada w krań cowo różne
nastroje:
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje;
Coś niby chwyta, coś niby trzyma;
Rozpłacze się i zaśmieje.

Adam Mickiewicz „Dziadó w część trzecia”
„Zły car kazał ich wszystkich do więzienia wsadzić
I jak Herod chce całe pokolenia zgładzić ”
Arcydramat Adama Mickiewicza, jak okreś lił III cz. Dziadó w W. Kubacki, to
utwór podejmujący wiele problemów. Dokonuje w nim poeta mię dzy innymi
charakterystyki społeczeń stwa polskiego i rosyjskiego, przedstawia koncepcję
mesjanizmu, którą bardzo wnikliwie wyjaś nia w Księgach narodu polskiego i
pielgrzymstwa polskiego (patrz: motyw WĘDRÓ WKA), kreuje postać Konrada –
wielkiego indywidualisty, czę sto okreś lanego mianem nowożytnego
Prometeusza i pełnego pokory Księ dza Piotra (patrz: III cz. Dziadó w w motywie
MIŁOŚ ć ). Wreszcie dużo miejsca poś wię ca martyrologii narodu polskiego. Już w
Dedykacji, poprzedzającej dramat, zapowiada, iż mowa w nim bę dzie o
prześ ladowaniu i cierpieniu „narodowej sprawy mę czenników”.
Również w Przedmowie do utworu A. Mickiewicz podkreś la sprawy, których
uświadomienie sobie jest bardzo istotne dla zrozumienia problemu. Mówi tu
bowiem m.in. o niezwykłym okrucień stwie zaborców, szczególnie dużo uwagi
poś wię cając Nowosilcowowi, który dokonywał licznych aresztowań , prowadził
ś ledztwa, skazywał na tortury niewinnych ludzi.
Całą administrację nakręcono jako jedną wielką Polakó w torturę, któ rej
koło obracali carewicz Konstanty i senator Nowosilcow. Systematyczny
Nowosilcow wziął naprzó d na męki dzieci i młodzież, aby nadzieje
przyszłych pokoleń w zarodzie samym wytępić . [...] W tajemnej
procedurze rosyjskiej oskarżeni nie mają sposobu bronienia się, bo
często nie wiedzą, o co ich powołano: bo zeznania nawet komisja
według woli swojej jedne przyjmuje i w raporcie umieszcza, drugie
uchyla. Nowosilcow, z władzą nieograniczoną [...] był oskarżycielem,
sędzią i katem [...]. Skasował kilka szkó ł litewskich [...]. Obok
zamknienia szkó ł, skazano kilkudziesięciu studentó w do min
syberyjskich, do taczek, do garnizonó w azjatyckich. W liczbie ich byli
małoletni [...]
Obraz prześ ladowania młodzieży, który jest symbolem cierpień narodu
polskiego, szczególnie wnikliwie przedstawiony został w trzech scenach
dramatu: I, VII i VIII. Scena I ma miejsce w klasztorze ojców Bazylianów
przerobionym na wię zienie. W Wigilię wię źniowie zbierają się w celi Konrada, by
spę dzić tę wyjątkową noc razem i prowadzą długie nocne rodakó w rozmowy
(Do Matki Polki).
Scena VII przedstawia salon warszawski, w którym zebrane towarzystwo
podzieliło się na dwie grupy. Urzę dnicy, kilku wielkich literató w, kilka dam
wielkiego tonu, kilka jenerałó w i sztabsoficeró w piją herbatę przy stoliku i toczą
rozmowy po francusku. Natomiast kilku młodych mę żczyzn i dwaj starzy Polacy
stoją przy drzwiach i rozmawiają po polsku, m.in. o Cichowskim.
Scena VIII ma miejsce w mieszkaniu Senatora w Wilnie.
We wszystkich trzech scenach (choć w I najdokładniej) A. Mickiewicz
przedstawia liczne przykłady gnę bienia Polaków, ukazując cierpienie ludzi
wię zionych, zsyłanych w głąb Rosji i udrę ki ich najbliższych. Jednocześ nie, by
uwydatnić ogrom niezawinionych niczym cierpień , z całą ostroś cią podkreś la
okrucień stwo zaborcy i ukazuje przyczyny działalnoś ci, wspomnianego już w
Przedmowie, Nowosilcowa. Senator chce osiągnąć zyski materialne, zdobyć
łaski cara, szuka wię c wszę dzie ś ladów spisku i przeprowadza aresztowania
niewinnych ludzi.
ŻEGOTA
[...]
O co nas oskarżono, jaki powó d sprawy?
TOMASZ
Powó d – że Nowosilcow przybył tu z Warszawy.
Znasz zapewne charakter pana Senatora.
Wiesz, że już był w niełasce u imperatora,
Że zysk dawniejszych łupiestw przepił i roztrwonił,
Stracił u kupcó w kredyt i ostatkiem gonił.
Bo pomimo największych starań i zabiegó w
Nie może w Polsce spisku żadnego wyśledzić ;
Więc postanowił świeży kraj, Litwę, nawiedzić ,
I tu przenió sł się z całym głó wnym sztabem szpiegó w.
Żeby zaś mó gł bezkarnie po Litwie plądrować
I na nowo się w łaskę samodzierżcy wkręcić ,
Musi z towarzystw naszych wielką rzecz wysnować
I nowych wiele ofiar carowi poświęcić .
(sc. I, w. 51-64).
Dramat przedstawia opisy aresztowań , ukazuje metody zastraszania i
gnę bienia Polaków przez carskich funkcjonariuszy (urzę dników i policję ).
Mickiewicz kreś li sytuację wię źniów poddawanych wyrafinowanym torturom w
celu wymuszenia zeznań (głodzenie, pozbawianie snu, podawanie opium,
straszenie). Wreszcie mówi o pozorowaniu samobójstw wię źniów, skazywaniu i
deportacji na Sybir dzieci. Uwię zieni nie są informowani o stawianych im
zarzutach; są przeświadczeni, że tak okrutny los, jakiego doznali, bę dzie też
udziałem nastę pnych pokoleń . Jeden z wię źniów, Feliks Kółakowski, tak oto
widzi przyszłoś ć mającego się urodzić syna swojego przyjaciela – współwię źnia:
Jeśli będzie poczciwy, pod moskiewskim rządem
Spotka się niezawodnie z kibitką i z sądem;
A kto wie, może wszystkich nas znajdzie tu jeszcze –
Lubię synó w, to nasi przyszli towarzysze.
(sc. I, w. 87-90)
Przytoczmy kilka wybranych cytatów, ukazujących martyrologię narodu
polskiego:
ŻEGOTA
Nie należałem dotąd do żadnego spisku.
Sądzę, że rząd to śledztwo wynalazł dla zysku,
Że się więźniowie nasi porządnie opłacą
I powró cą do domu.
[...] Jużci przecież bez winy w Sybir nas nie wyślą;
A jakąż naszą winę znajdą lub wymyślą?
(sc.I, w. 44-51)
TOMASZ
Bronić się daremnie –
I śledztwo, i sąd cały toczy się tajemnie;
Nikomu nie powiedzą, za co oskarżony,
Ten, co nas skarży, naszej ma słuchać obrony;
On gwałtem chce nas karać – nie unikniem kary.
(sc. I, w. 66-69)
ŻEGOTA (do Tomasza)
Głodem ciebie morzono?
FREJENT
Dodawano strawy;
Ale gdybyś ją widział, – widok to ciekawy!
Dość było taką strawą w pokoju zakadzić ,
Ażeby myszy wytruć i świerszcze wygładzić .
ŻEGOTA
I jakże ty jeść mogłeś!
TOMASZ
Tydzień nic nie jadłem,
Potem jeść pró bowałem, potem z sił opadłem;
Potem jak po truciźnie czułem bole, kłucia,
Potem kilka tygodni leżałem bez czucia.
Nie wiem, ile i jakiem choroby przebywał,
Bo nie było doktora, co by je nazywał.
(sc.I, w. 117-127)
ADOLF (o Cichowskim)
[...] Że mu przez wiele nocy spać nie dozwolano,
Że karmiono śledziami i pić nie dawano;
Że pojono opijum, nasyłano strachy,
Larwy; że łoskotano w podeszwy, pod pachy -
[...] Utył, ale to była okropna otyłość :
Wydęła go zła strawa i powietrza zgniłość ;
Policzki mu nabrzmiały, pożó łkły i zbladły,
W czole zmarszczki pó ł wieku, włosy wszystkie spadły.
(sc. 7, w. 115-136)
Jan Sobolewski, jeden z wię źniów, opowiada o wywózce młodzieży na Sybir.
Kiedy prowadzony był z przesłuchania przez miasto, widział ruszające kibitki.
Opowiada o dziesię cioletnim chłopcu, który nie mógł udźwignąć kajdan i
pokazywał nogę skrwawioną i nagą, o Janczewskim, który oszpetniał /
szczerniał, schudł, ale jakoś wyszlachetniał. Wreszcie wspomina Wasilewskiego,
który
[...] siedział tu w naszym sąsiedztwie;
Dano mu tyle kijó w onegdaj na śledztwie,
Że mu odtąd krwi kropli w twarzy nie zostało.
Żołnierz przyszedł i podjął z ziemi jego ciało.
[...] Wasilewski nie zemdlał, nie zawisnął, nie ciążał,
Ale jak padł na ziemię prosto, tak otężał.
Niesiony, jak słup sterczał i jak z krzyża zdjęte
Ręce miał nad barkami żołnierza rozpięte.
(sc. I, w. 259-268)
Mickiewicz przedstawia również najbliższych, rodziny wię źniów; ukazuje ich
cierpienie, poniżanie i upokarzanie przez zaborców. W scenie 1 w kilku, ale za
to w jakże wyrazistych, zdaniach została przedstawiona tragedia najbliższych
Cichowskiego, który pewnego dnia zniknął bez ś ladu. Władze oficjalnie
stwierdziły, że utonął. Jako dowód pokazano żonie płaszcz, który rzekomo
został znaleziony nad Wisłą. Po upływie dwóch lat usłyszano nazwisko
Cichowskiego od wię źniów prowadzonych z przesłuchania z Belwederu. Na
wieś ć o tym żona pisała i latała, prosiła i błagała, / Lecz pró cz tego imienia –
nic nie posłyszała. Po trzech kolejnych latach rozeszły się po Warszawie
pogłoski, że mąż jej żyje, przebywa w wię zieniu, w którym jest straszliwie
torturowany. Wreszcie kiedy został uwolniony i wrócił do domu, był nie do
poznania. Unikał ludzi, bał się goś ci irozmów z nimi.
I długo przed nim płacze na kolanach żona
I dziecko [...]
Terror zaborcy sprawił, jak wspomina w scenie I Żegota, że polskie rodziny żyły
w ciągłym lę ku i napię ciu:
ŻEGOTA
[...] Nieraz gdyśmy wieczorem do stołu zasiedli
I ktoś żartem uderzył w szklankę noża trzonkiem,
Drżały kobiety nasze, staruszkowie bledli,
Myśląc, już zajeżdża feldjeger ze dzwonkiem.
(sc. I, w. 39-42)
Scena VIII przedstawia tragedię niewidomej pani Rollison, której syn, pobity
okrutnie w czasie ś ledztwa, usiłował popełnić samobójstwo. Zrozpaczona
matka, prowadzona przez Kmitową, przychodzi do Nowosilcowa, by błagać go o
łaskę dla jedynaka. Prosi o widzenie z synem lub przynajmniej o zezwolenie na
wpuszczenie kapelana (księ dza Piotra) do celi. Znosi poniżania i upokorzenia,
by otrzymać zgodę senatora.
P. ROLLISONOWA
Panie! litość – ja wdowa! Panie Senatorze!
Słyszałam, że zabili – czyż można, mó j Boże!
Moje dziecko! – Ksiądz mó wi, że on jeszcze żyje;
Ale go biją, Panie! któ ż dzieci tak bije! –
Jego zbito – zlituj się – po katowsku zbito.
(płacze)
SENATOR
Kto popló tł, że go bili, nie wyjdzie na sucho.
Kto mó wił?
P. ROLLISONOWA
Kto mnie mó wił? ja mam matki ucho.
Ja ślepa; teraz w uchu cała moja dusza,
Dusza matki. – [...]
(sc. 8, w. 137-147)
Po wyjś ciu kobiety Nowosilcow poleca wpuś cić ją do wię zienia i tam osobno
zamknąć – tak na cztery klucze.
Pani Rollison jednak pojawia się raz jeszcze u Senatora. Kiedy rozpoczyna się
bal, wdziera się do sali. Dowiedziała się o wyrzuceniu syna z celi przez okno i
teraz już nie błaga i nie korzy się . Bluźni, przeklina Senatora tyrana, pijaka
starego, zbryzganego krwią tylu niewiniątek. Gotowa jest rozerwać na sztuki
oprawcę . Jest pełna bólu, ale jednocześ nie całkowicie zdeterminowana. Do
Senatora woła: Gdzie ty! – znajdę cię, mozgi na bruku rozbiję –. Uspakaja się
dopiero, gdy ksiądz Piotr mówi, że syn jej żyje, choć jest ranny.
Mickiewicz, aby dowieś ć, że cierpienie młodych Polaków nie jest nadaremne,
nadał mu wymiar sakralny. Porównał mę kę młodzieży do mę czeń stwa
Chrystusa.
Uwznioś lenie ofiary niewinnie cierpiącej młodzieży pojawia się mię dzy innymi w
opowiadaniu Sobolewskiego. Porównuje on niesionego przez żołnierza
Wasilewskiego do zdję tego z krzyża, udrę czonego Chrystusa:
Niesiony, jak słup sterczał i jak z krzyża zdjęte
Ręce miał nad barkami żołnierza rozpięte,
(sc. I, w. 267-268)
a śmierć nieznajomego wię źnia zestawia z mę ką Zbawiciela:
[...] był więzień, ale niewidomy;
Rękę tylko do ludu wyciągnął spod słomy,
Siną, rozwartą, trupią; [...]
Kibitka w tłum wjechała; – nim bicz tłumy przegnał,
Stanęli przed kościołem: i właśnie w tej chwili
Słyszałem dzwonek, kiedy trupa przewozili.
Spojrzałem w kośció ł pusty i rękę kapłańską
Widziałem, podnoszącą ciało i krew Pańską,
I rzekłem: Panie! Ty, co sądami Piłata
Przelałeś krew niewinną dla zbawienia świata,
Przyjm tę spod sądó w cara ofiarę dziecinną,
Nie tak świętą ni wielką, lecz ró wnie niewinną.
Choć wię źniowie w czasie aresztowań i procesów mieli po dwadzieś cia lub
wię cej lat, są przedstawieni jako znacznie młodsi. Mówiąc o nich, Mickiewicz
czę sto nazywa ich dziećmi. A. Witkowska (Mickiewicz. Słowo i czyn) twierdzi, że
takie porównanie jest uzasadnione. Z dzieckiem łączy się przecież pojęcie
niewinności, dziecko bytuje poza kodeksem dobra i zła obowiązującym w
świecie dorosłych, nie ma do zapłacenia żadnego życiowego rachunku. Jego
ofiara może być więc naprawdę ofiarą niewinnego, zatem, w jakimś sensie,
ponoszeniem ofiary Chrystusa. Pisząc o martyrologii młodzieży polskiej,
Mickiewicz odwołuje się też do symboliki ziarna, bardzo popularnej w czasach
romantyzmu. W scenie I najpierw jeden z wię źniów, Józef, porównuje młodzież
polską do ziarna, które niszczy car
On nawet ziarna zboża zbiera i dławi;
Sam szatan mu metodę zniszczenia tłumaczy,
a później Żegota opowiada bajkę Goreckiego, w której wystę puje alegoria:
wię zienie to rola, wię źniowie są ziarnem, a car szatanem. Wynika z niej wię c
optymistyczne przeświadczenie, że cierpienie Polaków ma sens. Żeby ziarno
dało plony, musi zostać najpierw zakopane w ziemi. Zatem niezawinione mę ki
Polaków któregoś dnia się zakoń czą, a zabiegi cara– tyrana obrócą się przeciw
niemu, o czym mówi morał bajki.
ŻEGOTA
Gdy Bó g wygnał grzesznika z rajskiego ogrodu,
Nie chciał przecie, ażeby człowiek umarł z głodu;
I rozkazał aniołom zboże przysposobić
I rozsypać ziarnami po drodze człowieka.
Przyszedł Adam, znalazł je, obejrzał z daleka
I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić .
Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:
”Niedaremnie tu Pan Bó g rozsypał garść żyta,
Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;
Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze.”
Zrobił rogiem ró w w ziemi i nasypał żytem,
Naplwał i ziemią nakrył, i przybił kopytem; –
Dumny i rad, że boże zamiary przeniknął,
Całym gardłem zaśmiał się i ryknął, i zniknął.
Aż tu wiosną, na wielkie diabła zadziwienie,
Wyrasta trawa, kwiecie, kłosy i nasienie.
O wy! co tylko na świat idziecie z pó łnocą,
Chytrość rozumem, a złość nazywacie mocą;
Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie,
Myśli Boga oszukać – oszuka sam siebie.
(s. I, w. 330-349)

Hanna Krall „Zdą żyć przed Panem Bogiem”
Zdą żyć przed Panem Bogiem Hanny Krall to ksią żka szczególna. Ksią żka o
goryczy, poniżeniu, bólu i trudnych wyborach. O ludzkiej godnoś ci. O tym, jak
bezcenną wartoś cią jest nasze życie, które warto przedłużyć choćby o chwilę :
Pan Bó g już chce zgasić świeczkę , a ja muszę szybko osłonić płomień ,
wykorzystują c Jego chwilową nieuwagę . Niech się pali choć trochę
dłużej, niż On by sobie życzył.
Marek Edelman, rozmówca Hanny Krall, wprowadzi nas w okrutny ś wiat
giną cego getta, opowie o głodzie, bezradnoś ci, poniżeniu, o walce, w której nie
chodziło o życie, lecz o wybó r sposobu umierania. Opowie o cierpieniu. Pokaże
nam takż e inny ś wiat: bez wojny, Umschlagplatzu i numerków na życie. Ale w
nowoczesnym szpitalu też rozgrywają się dramaty, a lekarze dokonują
trudnych wyborów. I tu cierpią ludzie. Cierpienie ma wiele wymiarów.
Jednym z tych wymiarów jest samotnoś ć. Ż ydzi walczą cy w getcie, oddzieleni
murem od strony aryjskiej, byli samotni. Ś wiat odgrodził się od nich.
Mur sięgał tylko pierwszego pię tra. Już z drugiego widziało się TAMTĄ
ulicę . Widzieliśmy karuzelę , ludzi, słyszeliśmy muzykę i strasznie żeśmy
się bali, że ta muzyka zagłuszy nas i ci ludzie niczego nie zauważą , że
w ogó le nikt na świecie nie zauważy – nas, walki, poległych... Że ten
mur jest tak wielki – i nic, żadna wieść nigdy się o nas nie przedostanie.
Wobec ś wiadomoś ci nieuchronnej ś mierci i nieustannego zagrożenia
cierpieniem moż e być samo istnienie, bę dą ce w istocie oczekiwaniem na
zagładę :
Z zeszytu

Podoba się? Tak Nie
Sprawdzone hasła:

Czas czytania: 63 minuty