profil

Ironia i dystans z wojennego wiersza Miłosza

drukuj
poleca 25% 4 głosy

Zupełnie inaczej, z dystansem, ironią pisze o spełniającej się apokalipsie przyszły noblista, dawny żagarysta, szkicujący dramatyczne wizje zagłady. W Piosence o końcu świata z tomu Ocalenie z 1945 roku Miłosz opisuje apokalipsę zwyczajną, trywialRuiny Warszawy, 1945 r.ną, codzienną, wręcz pogodną – koniec świata, do którego można się przyzwyczaić („W dzień końca świata/Kobiety idą polem pod parasolkami,/Pijak zasypia na brzegu trawnika,/Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa”) – ludzie zajęci są codziennymi obowiązkami i przyjemnościami i nie zauważają, iż to, co było zapowiadane od wieków „staje się już”. Następuje więc maksymalna trywializacja biblijnych wyobrażeń – „siwy staruszek, który byłby prorokiem,/Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie” (przewiązuje pomidory!) zapowiada, że „innego końca świata nie będzie”. Można ten wiersz traktować, zważywszy na datę powstania, jako aluzję do okupacyjnego życia, które mimo koszmaru wojny musiało toczyć się normalnie– do dziś szokują fotografie wojennej Warszawy utrwalające nie zagładę, a wszelkie przejawy tzw. normalnego życia, np. sprzedawanie warzyw czy pieczywa... Można też tekst odczytać jako ogólną refleksję o tym, iż koniec świata nie następuje nagle, on „staje się już”, trwa – być może żyjemy w czasach apokalipsy i wcale tego nie zauważamy; zajęci naszymi parasolkami i sieciami, obserwowaniem pszczół i wróbli, nie dostrzegamy znaków (staruszek byłby przecież prorokiem, ale akurat przewiązuje pomidory). Ironia bijąca z wiersza i zapisany w nim urok świata być może ma osłabiać nasuwające się w związku z nadciągającą apokalipsą odczucia– strach, przerażenie...

Przydatne hasło? Tak Nie