profil

Miłość i cierpienie - czemu zawsze razem? Romantyczny erotyzm.

drukuj
poleca 88% 101 głosów

Treść
Obrazy
Wideo
Komentarze

Wydaje mi się, iż słowo erotyzm w kontekście tematu zostało użyte nieco na wyrost. Erotyzm, wedle słownika wyrazów obcych pod redakcją Zygmunta Rysiewicza, to miłość o silnym podłożu seksualnym. Miłość opiewana przez romantyków rzadko kiedy miała podłoże seksualne, jeśli oczywiście odrzucić tezę z popularnej anegdoty, gdzie pewnemu studentowi słynnego profesora wszystko się kojarzyło... Powiedzieć wręcz można, że typowa miłość romantyczna to uczucie platoniczne, czyste i wzniosłe, jakże dalekie od grzesznych uciech ciała. Nawet jeśli w niektórych przypadkach romantyczna miłość miała podłoże seksualne (Konrad Wallenrod i Aldona), prawdziwie romantyczna stawała się dopiero po utracie tego zabarwienia. Wtedy też dopiero była godna uwagi romantycznego wieszcza.

Dlaczego w romantyzmie miłość i cierpienie występowały zawsze razem? Pytanie to można by skrócić do formy: dlaczego w romantyzmie występowało cierpienie? Niewątpliwie jest ono cechą charakterystyczną epoki i dlatego też towarzyszy miłości romantycznej. Lecz skąd to wszechobecne cierpienie? Chciało by odpowiedzieć krótko, że romantyzm to okres w historii Europy, który promował safanduły i nieudaczników - wiecznie cierpiących z lada powodu. Jest to jednak niedopuszczalne uproszczenie. Mówiąc o romantyzmie, mieć trzeba zawsze na uwadze to, że jest on reakcją na oświeceniowy entuzjazm.

W oświeceniu wszystko (przynajmniej w założeniach ideologicznych) wydawało się proste - dajmy władzę rozumowi nad naszym życiem, a on poprowadzi nas pewną drogą ku szczęściu. W epoce oświecenia wręcz wypadało być szczęśliwym lub chociaż zadowolonym z życia. Kto się życiem cieszył, ten musiał być mądry, a mało kto przecież chciałby uchodzić w oczach opinii publicznej za durnia z tego tylko powodu, że wciąż chodzi markotny w epoce triumfu ludzkiego umysłu.

Szybko okazało się, że racjonalne myślenie nie jest dobrym lekarstwem na wszystkie dolegliwości ludzkiej duszy. Oświeceniowy entuzjazm i wiara w potęgę umysłu prędko ostygły. Na tak przygotowanym gruncie wspaniale mogła się rozwinąć kultura cierpienia, które w minionej epoce było zastrzeżone dla ludzi niskiego stanu, a nie dla pierwszoplanowych bohaterów dzieł literackich.

Lecz romantyczne cierpienie nie było takim sobie zwykłym cierpieniem, jakie wywołuje skręt pustych kiszek albo żołądek przyrastający z głodu do kręgosłupa. O nie! Romantyczne cierpienie było wystudiowane i wysublimowane. To cierpienie dobrze urodzonych panienek o pulchnych, białych rączkach i kawalerów we frakach z utkwionym w nieprzejrzaną dal wzrokiem. To nie było cierpienie, które niesie życie - cierpienie twarde, tępe, takie co nie pozwala o sobie zapomnieć ni w dzień, ni w nocy. Romantyczne cierpienie upodabniało się do używki. Było modne, dobrowolne, a kto potrafił oddać się mu naprawdę bez reszty, ten uchodził za człowieka przesiąkniętego do głębi duchem epoki. Cóż, każdy czas ma swoje ideały, którym społeczeństwo, wiedzione stadnym instynktem, oddaje bałwochwalczą niekiedy cześć.

Toteż miłość romantyczna musiała iść w parze z cierpieniem. Było to ze wszech miar zgodne z klimatem epoki. Trzeba przyznać, że prowadziło to do dość dziwnej, nawet niezdrowej sytuacji. Miłość, to najsilniejsze w życiu człowieka uczucie, ten popęd, który pcha jednostki gatunku homo sapiens do wielkich czynów i najwyższych uniesień, otrzymała kaganiec niespełnienia. Jest to okoliczność doprawdy tragiczna. Jeśli na przykład spojrzeć z perspektywy czasu na sztandarowe dzieło epoki - "Cierpienia młodego Wertera" - nie wiadomo: śmiać się czy też płakać? Miłość ukazana przez Goethego w tym utworze ma charakter salonowego flirtu. A doprowadza przecież młodego człowieka do samobójstwa. To już nie jest cierpienie związane z romantyczną miłością, to jest psychiczna choroba.

Lecz romantyzm lubował się w bohaterach, których niszczyła własna słabość. "Gloria victis" to jedno z głównych haseł epoki. Bohater romantyczny sam pogrążał się w cierpieniu, a nieszczęśliwa miłość dostarczała mu do tego najlepszej okazji. Nieszczęśliwy kochanek, którego obiekt westchnień był dlań niedostępny (jak w przypadku Wertera) lub po prostu nim wzgardził (jak naszym Gustawem), mógł zanurzyć się w swoim cierpieniu bez reszty. Ważniejsze chyba niż miłość było owo uczucie cierpienia. Bohater z czasem popadał w obłęd, zapominał kim jest i dlaczego taki jest, stawał się chodzącym wyrazem cierpienia, cieniem z uduchowioną twarzą, oddającą najgłębsze tajniki rozdartej duszy.

Tu parę słów rzec wypada o kobietach, które dla romantycznych bohaterów godne były tak straszliwych poświęceń i katuszy. Może to zabrzmi śmiesznie i nieracjonalnie, ale twierdzę, że romantyzm uczynił z kobiety przedmiot. Z żywej istoty, której sobór w Konstancji przyznał nawet duszę, a wiek XX dał jej równe z mężczyzną prawa (o czym mogli jeszcze romantycy nie wiedzieć), romantyzm uczynił przedmiot westchnień romantycznego bohatera. Kobieta z literatury romantycznej to twór z mgły i wiatru, z pieśni i poezji. Toteż istota taka raczej nie mogła budzić miłości erotycznej, do której wciąż potrzeba, mimo burzliwego rozwoju technik rzeczywistości wirtualnej, krwi i kości.

Czasem kobieta w romantyzmie bywała okrutna i bez serca, ale zawsze znajdowała się na piedestale, otoczona nimbem tajemniczości i niedostępności. Nie musiała ona mówić ani myśleć, wystarczyło, że istniała w wyobraźni romantycznego bohatera. On ją sobie tworzył i ten obraz, podsunięty przez jego umysł, uwielbiał ponad swoje życie. Może więc nawet dobrze, że romantyczna miłość była czysta, platoniczna i niespełniona, bo cóż by się stało z romantycznym bohaterem, gdyby ujrzał obiekt swych najczulszych uczuć rankiem w szlafroku i papilotach?

Niemniej faktem jest, że romantyczny erotyzm, jeśli można o takim w ogóle mówić, rozgrywał się głównie w wyobraźni mężczyzny - romantycznego bohatera. Rolą kobiety było tylko istnieć i dawać się kochać. Jej słowo, gest, czasem widok tylko, dostarczał romantykowi niezwykłych podniet, które owocowały cierpieniem po rozłące z ukochaną.

Cierpienie związane z romantyczną miłością mogło mieć także inny aspekt, mocniej w rzeczywistości zakotwiczony. W polskich warunkach bohater romantyczny czasem musiał poświęcić zwykłą, odwzajemnioną, uświęconą małżeństwem miłość dla walki o wolność ojczyzny. Było to dla niego źródłem cierpienia, które nawet dziś nie trąci myszką, jak żałosne historie Wertera czy Gustawa. Takiego cierpienia doświadczył Konrad Wallenrod, który nie był w stanie znaleźć szczęścia przy domowym ognisku, bo nie było tego szczęścia w jego ojczyźnie. Dlatego Konrad zdecydował się poświęcić miłość Aldony dla ratowania zagrożonej ojczyzny.

Niemniej, charakterystyczne jest, iż Mickiewicz poświęca znaczenie więcej uwagi tęsknej rozłące małżonków, zamyka Aldonę w pustelniczej wieży, a kilkoma tylko zdawkowymi wersami kwituje ich pełną radości i szczęścia miłość, którą cieszyli się wkrótce po ślubie. Jak widać, cierpienie i miłość to uczucia, które po prostu musiały występować w romantyzmie w bezpośredniej bliskości, powodując, że romantyczny erotyzm sprowadzał się do łez i westchnień, nie wywołanych bynajmniej fizycznymi uniesieniami...


Polecasz? Tak Nie
Komentarze (1) Brak komentarzy
27.7.2006 (14:17)

kochana, słuchaj uważniej na lekcjach! W romatyzmie jest erotyzm.

Teksty kultury