profil

Sprawozdanie z obrony Jasnej Góry. Tak jakbyś pisał podręcznik dla pułkowników.

poleca 85% 289 głosów

Treść Grafika
Filmy
Komentarze
Henryk Sienkiewicz

Panowie Bracia, pamiętacie zapewne te historyje o dzielnej obronie Najświętszego Przybytku Panny Marii to jest Jasnej Góry, o tym jak nasi bracia ginęli na jej murach, aby ręka Luterańskich nieprzyjaciół nie sięgnęła do wnętrza sanktuarium. Pragnę Panowie Bracia przedstawić wam tę pełną poświęcenia, odwagi i przemyślanych decyzji walkę o naszą Stolicę Chrześcijaństwa w naszym kraju, za która należy walczyć i za Nią ginąć.

Panowie Bracia zapamiętajcie moje słowa: Podczas każdej walki najważniejsza jest taktyka, szybkie i rozważne decyzje oraz spryt. Tym wszystkim właśnie odznaczyli się dowódcy obrony Jasnej Góry, potrafili podejmować decyzje, dzięki którym doprowadzili do victorii. Otóż Ci wybitni wodzowie na samym początku walk zniszczyli, co prędzej budowle, które były najbliżej i dookoła klasztoru, by spoza ich zasłony nieprzyjaciel nie mógł szkodzić klasztorowi. Ryk dział wstrząsnął powietrzem, aż mury klasztorne zadrżały. Pułki szwedzkie, które zostały zaledwie roztasowane zaczęły umykać z zabudowań, a niepewne nowych stanowisk, przelewały się w różne strony Tym właśnie posunięciem tak zdumieli Millera, który był wodzem szwedzkim podczas oblężenia, że wysłał trębacza z prośbą o zawieszenie broni na noc. W ten oto właśnie sposób pierwszy dzień przyniósł klęskę Szwedom. Następnego dnia szwedzkie działa zagrały pierwsze, zapewne Szwedzi chcieli przerazić, zasypać kulami klasztor i wzniecić pożary a także rozszerzyć trwogę, ale nasi dzielni Bracia nie ulękli się tego, ponieważ na mury klasztorne wyszła procesja, bo nic tak nie ukrzepia walczących, jak widok Przenajświętszego Sakramentu i idących spokojnie z nim zakonników. Działa klasztorne odpowiedziały grzmotem na grzmot, błyskawicą na błyskawice, ile mogły, ile ludziom sił i tchu w piersi starczyło. Morze dymu rozciągało się nad klasztorem i kościołem.

Ów huk nieustający, błyskawice, dymy, wycia kul rozdzierających powietrze, straszliwy dźwięk rozbijanych szyb, wybuchy pękających kul ognistych, świst ich skorup, chrobot i trzaskanie dylowań, chaos, zniszczenie, piekło! Gdybyście to widzieli i słyszeli Bracia moi najbliżsi.

Około południa dzieło śmierci wzmogło się jeszcze. Kurzawa wapienna ze ścian obitych kulami wzbijała się i mieszając się z dymami, przesłaniała świat. W tym momencie wyszli księża z relikwiami egzorcyzmować owe tumany, aby nie przeszkadzały obronie.

Nagle na więzy, ozwały się trąby wspaniałą harmonią pobożnej pieśni. Płynęła z góry ta pieśń i słychać ją było naokół, słychać wszędy, aż podobno na bateriach szwedzkich. Gdy tą pieśń usłyszałem od razu wiedziałem, co to za pieśń i czułem, że zaprowadzi nas do victorii, tak jak za dawnych lat zaprowadziła naszych przodków na przeciw armii Krzyżaków. Do dźwięku trąb dołączyły się wkrótce głosy ludzkie i mój głos także się przyłączył i wśród ryku, świstu, okrzyków, łoskotu, grzechotania muszkietów rozległy się słowa:
Bogurodzica, Dziewica,
Bogiem sławiona Maryja!...
Po tych słowach usłyszałem głośny huk, następnie trzask dachówek, które spadły obok mnie. Ale nie zaburzyło to pobożnej pieśni, która dodawała wszystkim ducha świętego i ochoty do walki mimo zmęczenia. Ta pieśń miała w sobie jakąś moc, która sprawiła uczucie, że walczymy w słusznej sprawie i musimy zwyciężyć nie tylko dla nas, ale i także dla Boga. Do wieczora armaty grzmiały bez przerwy z obydwu stron. Jednakże przez noc trwało zawieszenie broni. Podczas trwania zawieszenia broni wszyscy w klasztorze ze zdziwieniem powiadali, że nie stwierdzono, aby jacyś polegli i tez nikt nie został ranny. Wszyscy mówili słowami księdza Kordeckiego: "Opieka boska nas strzeże, ręka boża nas piastuje, ale wytrwajmy tylko, to jeszcze większe cuda zobaczymy!"

Kiedy nadeszła niedziela, święto Ofiarowania Najświętszej Panny, nabożeństwo odbyło się bez przeszkody, ponieważ nasi wodzowie podczas układów wieczornych odpowiedzieli posłowi, że ostateczną odpowiedź prześlą po południu. Widzicie Panowie Bracia, jakimi to wybornymi dyplomatami obdarzył nas Bóg Ojciec, że nawet znaleźli pół dnia bez walk na msze przenajświętszą. Około godziny drugiej, kiedy Szwedzi dostali list z odpowiedzią o nie poddaniu się, szańce szwedzkie pokryły się sinawymi chmurami, na co klasztor odpowiedział wnet z cała energią. Tym razem działa szwedzkie, były lepiej ustawione i większą uczyniły szkodę. Ci, co nie walczyli przy armatach czuwali na dachach, aby nie spłonęły. Ludzie walczyli mężnie, albowiem tam samo jak dzień prędzej ozwała się pięść z wieży z towarzyszeniem trąb. Ludzie stojący na murach i pracujący przy działach, którzy w każdej chwili mogli sądzić, że tam już wszystko płonie i w gruzy się wali za ich plecami, pieśń ta była jakby balsam kojący, zwiastowała, bowiem ciągle i ustawicznie, że stoi klasztor, stoi kościół, że płomień dotąd nie zwyciężył wyśileń ludzkich. Mijały godziny a muzyka wciąż rozlegała się uroczyście. Gdy nadeszła noc działa grzmiały bez ustanku. Gdy wybiła godzina druga w nocy począł mżyć drobny deszcz w postaci mgły zimnej a przenikliwej, która zbijała się miejscami jakoby w słupy, kolumny a mosty, czerwieniące się od ognia.

O brzasku wszyscyśmy myśleli, że Szwedzi będą chcieli odpocząć i my w ten sposób odpoczniem, lecz myliliśmy się, bo dzień nie miał przynieść spoczynku. Ten dzień i noc upłynęła tak samo jak poprzednia. Ustawiczne huki, grzmoty i wybuchy sprawiły, że ludzie poczęli się oswajać z nimi. Następnego dnia obóz szwedzki ucichł i klasztor także. Jednakże usłyszałem, ze podczas nocy jacyś śmiałkowie wyszli z klasztoru i dokonali wielkiego spustoszenia w obozie szwedzkim. Powiadam wam, Panowie Bracia, bierzcie z nich przykład. Przed następne dni próbowano dyplomacji, ale to nie przyniosło rezultatu i wkrótce rozpoczęły się na nowo strzały z armat. Wkrótce rozniosła się plotka, że Szwedzi ściągają pod Jasna Górę ciężkie armaty m. in. kolubryny, które dwanaście piechoty prowadzi.

Dnia Niepokalanego Poczęcia przybyło do klasztoru kilkunastu oficerów i żołnierzy na nabożeństwo. Po nabożeństwie rozpoczęły się obustronne strzały. Dwa całe dnie zeszły na próżnym strzelaniu. Kiedy zauważono miedzy Szwedami jakiś ruch niezwyczajny wszyscy mówili, że działa nadeszły.

Podczas porannego nabożeństwa huk niezwyczajny wstrząsnął powietrzem, szyby zadrżały, niektóre od samego wstrząśnięcia wypadły z opraw. Rozpoczął się straszliwy ogień, jakiego jeszcze nie doznaliśmy podczas oblężenia. Po skończonym nabożeństwie wypadli wszyscy na mury i dachy. Podczas tego ostrzały poczęły się szkody w budynkach i na murach. Po krótkiej chwili ozwały się jęki rannych. Ogień siał wiele zniszczeń i rannych. Około południa ogień ustał. W sobotę jedna z wielkich armat została uszkodzona dzięki celnemu strzałowi naszych obrońców. Podczas tych ataków mury klasztorne zostały uszkodzone wielu ludzi zginęło. Kiedy wydawało się, że niedługo nastąpi koniec oblężenia i nasza klęska usłyszałem, że jest jakiś odważny mąż, który chce sam zniszczyć kolubrynę. Pewnej nocy nie wiem już, kiedy to było, bo czas dla mnie już inaczej płynął, usłyszeliśmy głośny huk. Wszyscy rzucili się do murów i zobaczyli w miejscu gdzie stała kolubryna pełno zamieszania a po kolubrynie ani śladu nie zostało. Walki trwały jeszcze kilka dni, ale już były mniej zacięte, ponieważ Szwedzi zaczęli trącić nadzieje na zwycięstwo. W końcu nadeszła Wigilia Bożego Narodzenia, był to dzień, w którym siedzieliśmy przy stole i dzieliliśmy się opłatkami. Cicha radość płonęła na wszystkich twarzach, bo każdy miał przeczucie, pewność prawie, że czasy niedoli mina już rychło. Podczas wieczerzy ksiądz Kordecki mając łzy w oczach słuchał słów naszego dzielnego pana Czarnieckiego, a mówił on o panu Babiniczu, to był ten człowiek, który wysadził kolubrynę. W trakcie tych słów ksiądz Kordecki powiedział, że on nie nazywał się Babinicz, jeno Kmicic! Tej samej nocy księża posłali do obozu Szwedów paczkę z opłatkami i tej samej nocy słyszeliśmy różne odgłosy przesuwanych armat i ruchów piechoty. Około piątej w nocy wszystkie odgłosy ucichły. Kiedy dzwony zagrały na jutrznię zaczęto bić jakby na alarm, wybiegłem szybko z celi na mur i co ujrzałem? Otóż nic, po Szwedach ni śladu.

Otóż moi Panowie Bracia zobaczcie, że podczas walk zawsze trzeba wieżyc w opatrzność bożą i w męstwo naszych oddziałów. A więc, bierzcie przykład z obrońców Jasnej Góry i ich męstwa.

Podoba się? Tak Nie

Czas czytania: 8 minut

Teksty kultury