profil

Pułapki demokracji.

poleca 85% 363 głosów

Treść
Grafika
Filmy
Komentarze

Demokracja nie jest pojęciem jednorodnym. W sensie dosłownym demokracja z gr. demokratia oznacza „władzę/rządy ludu”. Jednakże, co rozumiano przez demokrację, u jej początków w V w. p.n.Ch, a czym jest ona teraz, i co tak naprawdę powinniśmy przez nią rozumieć? Czym powinna być? Do czego powinna dążyć? Czy zmierza w dobrym kierunku? Idealnym przewodnikiem służącym do odnalezienia odpowiedzi na te pytania, jak i wiele innych jest książka Giovanniego Sartoriego „Teoria demokracji”. Nie odnajdziemy w niej jednej, klarownej definicji demokracji. Jednakże idąc za rozważaniami autora możemy sami wywnioskować - czym powinna być demokracja - autor bowiem odnajduje nam rozmaite drogi poszukiwania demokracji, ze swojej strony jedynie sugerując, ale nie narzucając nam swojego poglądu. G.Sartori przedstawia ideały i porównuje je z realiami. Autor rozpoczyna od próby ustalenia znaczenia słowa demokracja. Przytacza słowa Tocquevilla :” Największe zamieszanie powoduje sposób posługiwania się przez nas słowami demokracja i demokratyczny rząd. Dopóki słowa te nie zostaną ściśle zdefiniowane, a definicje uzgodnione, ludzie żyć będą w niemożliwym do rozwikłania zamęcie ideowym, na czym skorzystają demagodzy i despoci” i stwierdza, że jeśli demokracja będzie niewłaściwie zdefiniowana „grozi nam odrzucenie czegoś, co niewłaściwie określiliśmy i otrzymanie w zamian czegoś czego byśmy nie chcieli”. Słusznie spostrzega, że „demokracja stała się obecnie nazwą cywilizacji, czy też raczej politycznego produktu finalnego[...]cywilizacji zachodniej”.


Z łatwością możemy zaobserwować, iż demokracja jest ulubionym słowem polityków, zapewne dlatego, że jest, jak zauważa G.Sartori,” słowem budzącym szacunek”. Ostrzega, że „słowa, które czcimy[...]są pułapkami”,
że musimy uważać „aby demokracja nie została sprowadzona do samego słowa-pułapki”, co prowadziło by w efekcie „do demalatrii, czyli wzniosłej gadaniny o ludzie bez przyglądania mu się”. W celu uniknięcie tego błędu pochyla się nad samym znaczeniem określenia lud. Znajduje sześć interpretacji ”ludu” od ludu w znaczeniu – wszyscy, poprzez wielu, klasy niższe, ograniczoną całość, absolutną większość do ograniczonej większości, w rezultacie dochodzi do wniosku, że demokratyczna przyszłość demokracji uzależniona jest od tego czy większości mogą zamieniać się w mniejszości i na odwrót, a zatem, że właściwą dla prawidłowego działania demokracji jest zasada ograniczonej większości. Wychodząc od tego stwierdzenia przechodzi do określenia znaczenia władzy ludu i władzy nad ludem. Tu wysnuwa wniosek, iż „demokracja to władza ludu nad ludem”. Spostrzega ,że jest to proces dwukierunkowy i ci, którzy delegują swoją władzę, mogą ją stracić. Podkreśla, że współczesne demokracje zależą od zasady ograniczonej większości, procedur wyborczych jak i przedstawicielskiego przekazywania władzy. Na pytanie: gdzie szukać „rządzącego ludu”- odpowiada – „podczas wyborów”. Podkreśla, że władza wyborcza jest gwarantem demokracji. Podnosząc kwestię wyborów podkreśla fakt, że wybory są odzwierciedleniem opinii publicznej, że cechą demokracji są ”rządy oparte na przyzwoleniu – rządy wyrastające z opinii wyrażonych podczas wyborów i na nie reagujące”. Opinia tworzy się poprzez informację, uzależniona jest od warunków w jakich obywatel uzyskuje informacje i w jakim stopniu narażony jest na nacisk ludzi kształtujących opinię. Znacząca w procesie kształtowania opinii jest rola przywódców opinii. Przywódcy opinii stanowią od 5-10% społeczeństwa. Jest to grupa ludzi dobrze poinformowanych, interesujących się polityką i śledzących sprawy publiczne. Mają oni duży wpływ na swoje otoczenie. W demokracji istotny jest swobodny dostęp do informacji. Każdy ma prawo do posiadania własnej opinii, do jej wyrażania, jak również do jej zmiany. Wszystkim chyba znane jest powiedzenie” ile ludzi tyle opinii”. Ta różnorodność poglądów jest zazwyczaj przyczyną konfliktów. W demokracji regułą rozwiązywania konfliktów są „rządy większości”. Osiągnięcie porozumienia w konflikcie możliwe jest dzięki dyskusji. Słuszne jest więc spostrzeżenie, że demokracja sprowadza się do „rządów poprzez dyskusję”, że dyskusja jest podstawą i istotą demokracji.
Sartori dowodzi, że wolność obywatela demokracji polega na tym, że w każdej chwili może zmienić swoje poglądy „z uznawanych przez większość na poglądy mniejszości”. Podważa tym samym twierdzenie Rousseau, który uważał, że tracimy swoją wolność w momencie głosowania.

Warto tu wspomnieć, że Platon od początku dostrzegał w demokracji wolność, jednakże sprowadzał ją do absurdu, podobnie zresztą jak inne zalety demokracji. Głosił, iż w demokracji jest pełno wolności, co oznacza, że każdy może robić to, co mu się podoba. Zauważał, że demokracja to ustrój łagodny i pobłażliwy, tak że „nawet skazani na śmierć lub wygnanie mimo wyroku kręcą się po mieście, a nikomu to nie przeszkadza”.
G. Sartori dużo miejsca poświęca na określenie czym jest demokracja wyborcza, jaka jest różnica pomiędzy nią a demokracją przedstawicielską. Wskazuje, że demokracja wyborcza jest warunkiem demokracji przedstawicielskiej i pojęcie demokracji przedstawicielskiej zawiera w sobie demokrację wyborczą. Co ważne rozgranicza także demokrację bezpośrednią od demokracji przez referendum. Zauważa, że demokracja poprzez referendum jest pewną formą demokracji bezpośredniej, bo nie uczestniczą w niej „ciała pośrednie”( nie ma przedstawicieli). Jednakże ta forma pozbawiona jest ważnej cechy demokracji bezpośredniej - wzajemności oddziaływań.

Dla odnalezienia właściwego znaczenia demokracji autor „Teorii demokracji” próbuje określić czym demokracja nie jest. Zapytani o to czym według nas nie jest demokracja, z pewnością wymienimy: totalitaryzm, absolutyzm, dyktaturę, autorytaryzm, tyranię. Od tego też wychodzi autor. Tu napotyka na wiele pułapek tkwiących w pierwotnych znaczeniach słów, od których te nazwy się wywodzą. Przykładowo autorytaryzm – jak zauważa Giovanni Sartori - pochodzi od autorytetu. Jednakże, choć autorytet ma niewątpliwie zabarwienie pozytywne, nie można tego powiedzieć o autorytaryzmie. Autor podkreśla, że autorytet już pierwotnie związany był z władzą, jednakże błędem byłoby utożsamianie tych dwóch słów. Można jednak powiedzieć, że autorytet jest władzą opartą na prestiżu. Autorytet sprawia, ze wykonujemy coś nie pod wpływem przymusu lecz sugestii. I z tego właśnie powodu, powtarzając za autorem, wiążemy autorytet z przywództwem”, a „kryzys naszej demokracji opisywany jest jako kryzys autorytetu”. Nasza niechęć do autorytaryzmu wiąże się ze skojarzeniami jakie on u nas wywołuje. Kojarzy nam się z dyktaturą. Sartori wyjaśnia jaki ma związek autorytaryzm z autorytetem. Zaznacza, że termin autorytaryzm został stworzony przez faszystów dla określenia systemu politycznego. Dyktatura miała się kojarzyć pozytywnie, z autorytetem. Dopiero demokraci zmienili sens pojęcia.
Podobnie autor postępuje z pozostałymi pojęciami, i w każdym z nich odnajduje sprzeczności i powiązania z demokracją. Udaje mu się jednak udowodnić, że są to pojęcia będące przeciwnością demokracji, trzeba tylko umieć je prawidłowo określić. Zauważa, że nie należy posługiwać się pojęciem totalitaryzmu, w odniesieniu do społeczeństw starożytnych, bo wówczas starożytne polis możemy uznać za totalitarne, a przez to istnieje niebezpieczeństwo, że demokrację sprowadzimy do totalitaryzmu.

Pozostaje jednak wiele ale. Za pewnik przyjmiemy, że demokracja nie jest tyranią. To czy nie będzie stanie się pułapką stwierdzenie użyte przez Sartoriego -„demokracja- rządy większości”. Podczas wyborów cała uwaga skoncentrowana jest na zasadzie większości. Jeśli głosujemy tak samo jak większość- jesteśmy wygrani, odwrotnie przegrani i nasz głos się nie liczy. Czy nie możemy powiedzieć tu o „tyranii większości”, tyranii którą Madisson nazywał „despotyzmem wyborczym”? Mniejszość musi podporządkować się większości, gdzie więc prawa mniejszości? Sartori uważa, że nie należy wyprowadzać „rządów większości” z „zasady większości”, gdyż rozumując w ten sposób mielibyśmy do czynienia z eliminacją mniejszości na poszczególnych poziomach głosowania. A to z kolei mogłoby doprowadzić do tego, że większość którą otrzymalibyśmy efekcie, faktycznie stanowiłaby mniejszość.

Mniejszości muszą mieć prawo do opozycji, a opozycja nie może być skrępowana, wówczas nie będziemy musieli obawiać się „tyranii większości”.
Sartori uspokaja, że masowe większości nie powinny budzić obaw o „tyranię większości”, gdyż jak uważa nie istnieje jakaś pojedyncza grupa tworząca większość i podejmująca decyzje – „większość jako metoda oznacza jedynie większość matematyczną; nie oznacza trwałej dominującej części zbiorowości”. Poruszając kwestę większości nie zapomina o zobrazowaniu „rządów mniejszości”.

Sartori zajmując się pojęciem elita dokonuje rozgraniczenia pomiędzy elitą w znaczeniu jakościowym (elita zdolnych) od elity rozumianej przez Lasswella (posiadający władzę). Uważa, że w przypadku utożsamiania elity z posiadającymi władzę mamy do czynienia z błędnym, posiadającym więcej wad niż zalet przekształceniem koncepcji Pareta. Następnie proponuje oddzielić pojęciowo i koncepcyjnie strukturę władzy od struktury elity. Zauważa, że w zależności od tego jak będziemy rozpatrywać grupy kontrolujące ( mniejszości sprawujące władzę) raz będziemy mówić o „klasie rządzącej w liczbie pojedynczej”, a inaczej o „przywództwie i przywódczych mniejszościach w liczbie mnogiej”. Wszystko zależy od tego czy możemy powiedzieć, że mniejszości sprawujące władzę stanowią wszędzie jedność, czy cechuje je wspólna świadomość, spójność i spisek, i czy w każdej konfiguracji można konkretnie wskazać mniejszości skupiające władzę. Stawiając pytanie: jaki jest , czy może, jaki powinien być pionowy układ władzy w demokracjach ? - wskazuje na określony przez siebie „model przywództwa przez mniejszości” – który cechuje się „mnogością krzyżujących się grup władzy, dokonujących manewrów koalicyjnych”.

Moim zdaniem dzisiejsza demokracja posuwa się w kierunku oligarchii – rządów elit, a te konkurując między sobą wzajemnie manipulują wyborcami, posługują się psychotechnikami marketingowymi i oddziałują za pomocą odpowiednio dobranej politycznej mitologii. W miarę rozwoju mediów i technik propagandowych współczesna demokracja staje się fasadą ukrywającą rządy elit. Skłaniam się do stanowiska Wrighta Millsa. Mills utrzymywał, że Stany Zjednoczone są w rzeczywistości zdominowane przez elitę rządzącą – „klikę wielkich bogaczy, bossów korporacji, szefów armii oraz wąska grupę czołowych polityków”. Ja stwierdzenie to zastosowałabym również do Polski. Uważam, że również w Polsce swoje odzwierciedlenie znajduje stwierdzenie pieniądz rządzi światem, pieniądz rządzi polityką. Czy żyjemy wobec tego w ustroju demokratycznym? Problem polega tu chyba na tym czego oczekujemy od demokracji. Wyidealizowaliśmy sobie demokrację i w momencie, gdy rzeczywistość odbiega od ideału skłonni jesteśmy twierdzić, że demokracja obecnie nie istnieje. Istnieje, ale nieuniknione jest to, że odbiega ona od ideału, który sobie określiliśmy. Potoczne rozumienie demokracji ma charakter życzeniowy, dlatego uznaliśmy demokrację za idealny system polityczny.


Nie możemy jednak zapominać, że wielcy filozofowie spoglądali na demokrację bardziej krytycznie, a przez to pewnie realniej. Platon bowiem dostrzegał demokrację jako formę najlepszą z niesprawiedliwych i najgorszą ze sprawiedliwych. Stawiał demokrację po sprawiedliwym królestwie i arystokracji, ale za gorsze od demokracji uważał tylko oligarchię i tyranię. Co ciekawe spostrzeżenia Platona dotyczące demokracji zachowują uderzającą aktualność. Choćby problem faktycznego sprawowania władzy w państwie demokratycznym. Platon podkreśla, że pod pozorem ludowładztwa kryją się specyficzne dla demokracji elity. Opisuje przy tym istotę uprawianej w demokracji polityki, jako umiejętności schlebiania tłumowi i wzbudzania wśród niekompetentnych ludzi przekonań o własnej kompetencji. Poprzez metafory ukazuje pozory sprawowania władzy w demokracji przez lud. Trzeba przyznać, że Platon- choć nastawiony do demokracji krytycznie doceniał również jej zalety czego dowodem jest platonowska propozycja państwa o ustroju zawierającym w sobie elementy zarówno monarchii jak i demokracji.
Jakie zaś zalety posiadała demokracja ateńska i jak się one mają do demokracji współczesnej? Czym była demokracja antyczna i czym się różni oraz jakie ma z nią cechy wspólne demokracja współczesna?

Tu również autor „Teorii demokracji” nie pozostawia nas samych sobie. Stara się pokazać różnice jakie istnieją pomiędzy tymi demokracjami. Zauważa, że termin „demokracja” przybierał wiele rozmaitych znaczeń, odnoszących się do różnych uwarunkowań historycznych jak i do królujących na przestrzeni wieków ideałów. Spostrzega, że różnica pomiędzy antycznymi a współczesnymi demokracjami nie wynika tylko z czynników geograficznych i demograficznych, ale polega także na innych wartościach i celach, którym te systemy służą.
Greckie polis jak zaznacza autor błędnie jest przez nas nazywane miastem - państwem, zamiast właściwie miastem – wspólnotą. Uważa, że demokrację ateńską charakteryzuje właśnie nieobecność państwa, i dlatego antyczne demokracje nie powinny służyć za wzór do budowy demokratycznego państwa i organizacji demokratycznego systemu. Należy tu zaznaczyć, że autor mówiąc o nieobecności państwa myśli o naszej koncepcji państwa – identyfikowanego ze strukturami nakazowymi.

Demokrację ateńską utożsamiamy z demokracją bezpośrednią. Demokracja bezpośrednia, czyli taka, w której wszyscy członkowie danej społeczności osobiście uczestniczą w podejmowaniu decyzji politycznych, możliwa jest tylko, jak zauważa Sartori w przypadku małych społeczności, jakimi były polis. Tylko społeczności niewielkie mają fizyczną możliwość zgromadzenia się w jednym miejscu w tym samym czasie. To jest zaś warunkiem zaistnienia dyskusji pomiędzy wszystkimi członkami społeczności - dyskusji, która jest warunkiem demokracji.
Mnie nasuwa się pytanie, czy w ateńskiej dyskusji mieli możliwość uczestniczenia naprawdę wszyscy obywatele? Co z kobietami, które nie miały prawa uczestnictwa? Ale pozostawiam to na marginesie, rozumiejąc, że żyły one w innych realiach, i bez dostępu do informacji, praw do kształcenia, miały by zapewne niewiele do powiedzenia.

Monteskiusz zauważał, że demokracja rozumiana przez niego jako ustrój oparty na cnocie i samodyscyplinie obywateli, nie może udać się tam, gdzie w grę wchodzi zbyt wielkie państwo.

Uważając, że jedynym demokratycznym sposobem komunikowania się i podejmowania decyzji dotyczących wszystkich członków danej społeczności jest demokracja bezpośrednia, nie mogli byśmy mówić o demokracji współczesnej używając terminu demokracja.
Ponieważ demokracja bezpośrednia, nie jest w naszym społeczeństwie możliwa, chcąc nie chcąc w wymiarze ogólnospołecznym jesteśmy zdani na demokrację pośrednią.

Dostrzegając zalety demokracji bezpośredniej nie możemy zlekceważyć zalet pośredniego systemu rządzenia. Znajdują się one często tam, gdzie w demokracji bezpośredniej moglibyśmy doszukiwać się wad.
Sartori podkreśla, że zaletą demokracji pośredniej jest wieloetapowy proces podejmowania decyzji politycznych, który zawiera mechanizmy bezpieczeństwa właśnie poprzez swoją pośredniość. Zauważa, że „demokracja bezpośrednia prowadzi do polityki jako gry o sumie zerowej”, podczas gdy „demokracja pośrednia do polityki jako gry o sumie dodatniej”. Zaznacza, że w demokracji bezpośredniej, w odróżnieniu od pośredniej, nieuniknione jest starcie pomiędzy klasami, co stanowi funkcjonalne naruszenie równowagi układu.
Mimo, iż realizm polityczny nakazuje uznać dziś demokrację reprezentacyjną za jedynie politycznie możliwą, to tęsknota do dawnych jej form wcale nie ucichła. Coraz częściej powstają projekty powrotu do demokracji bezpośredniej.
Zwolennicy demokracji bezpośredniej twierdzą, że przywracając obywatelom możliwość udziału w polityce wychowuje się aktywny typ obywatela, wzmacnia odpowiedzialność, czyni wolność dostępną ludowi, wreszcie ogranicza władzę partii i centralnej biurokracji. To ograniczenie władzy partii jest istotne, gdyż partie są źródłem wielu zjawisk korupcyjnych, a mechanizm wyłaniania reprezentantów czy wysokich urzędników jest skutkiem nieformalnych układów zamiast wynikiem rzeczywistego doboru osób najlepszych. Powierzając władzę partiom cedujemy odpowiedzialność na elity znajdujące się w głównej mierze poza kontrolą publiczną. W rzeczywistości więc mamy do czynienia z przeniesieniem ośrodków decyzyjnych do kierownictwa partii. Rządzą zatem partie a nie lud.

Istnienie demokracji bezpośredniej, jak już zauważyliśmy wcześniej jest niemożliwe w dzisiejszych realiach. Szuka się więc innych rozwiązań. Takim rozwiązaniem wydawać by się mogło referendum, czyli podejmowanie ważnych decyzji państwowych poprzez głosowanie powszechne. Może więc należałoby wprowadzić „demokrację poprzez referendum”?

Według Sartoriego „demokracja poprzez referendum”, jest technicznie możliwa, uważa jednak, że doprowadziłaby do katastrofy. Zauważa, że referendum, choć będące pewną formą demokracji bezpośredniej, nie spełnia jednej ważnej cechy, która jest warunkiem demokracji. A mianowicie uczestniczenia w dyskusji. Wskazuje na fakt, iż uczestnik referendum przypomina uczestnika wyborów. Działa samodzielnie, w osamotnieniu. Uczestnicy referendum nie oddziałują na siebie wzajemnie, przez co nie czerpią z „mądrości dyskusji” potrzebnej do podjęcia lepszej decyzji. Należy także wspomnieć o tym, czego już nie poruszył Giovanni Sartori, że z referendum wiążą się duże koszty.
Ciekawą propozycję nowej formy demokracji przedstawił Marcus Schmidt. Rozwiązaniem problemu niedoskonałości nowoczesnej demokracji jest według niego połączenie demokracji pośredniej z bezpośrednią. Zaproponował on, aby rozbudować parlament o „izbę elektroniczną”, składająca się z szerokiej reprezentacji wyborców. Izbę elektroniczną stanowiliby obywatele wybierani na zasadzie rotacji, przypominającej ateński system losowania. Proponowana izba miałaby się składać z 70 tysięcy obywateli, a ci za pośrednictwem telefonów komórkowych czy internetu wypowiadaliby się w tych samych kwestiach, co politycy. Wyniki losowania izby elektronicznej pojawiałyby się natychmiast na tablicy świetlnej w parlamencie. W przypadku, gdy wynik głosowania pokrywałby się z opinią większości parlamentarzystów, uchwała zastawałaby zatwierdzana. W sytuacji przeciwnej zarządzane by było powszechne referendum.

Niewątpliwie jest to jakaś alternatywa, jednakże czy słuszna? Czy Polskę byłoby stać na takie rozwiązanie? Ja, na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Myślę jednak, że zanim zaczniemy się zastanawiać nad innymi rozwiązaniami, powinniśmy najpierw zadbać o edukację młodych pokoleń, by potrafiły one odnaleźć się w przestrzeni społecznej i politycznej. Skoro demokracja zapewnia nam równość, i każdy ma taki sam głos, ważne jest byśmy potrafili podejmować świadome trafne decyzje, a do tego potrzebna jest wiedza.

Podoba się? Tak Nie
Polecane teksty:

Czas czytania: 16 minut