profil

Znalazłam się w labiryncie

drukuj
poleca 85% 132 głosów

Treść
Obrazy
Wideo
Komentarze

Znalazłam się w labiryncie

Za 5 minut mieliśmy lądować na lotnisku w Kairze. Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. Miałam spędzić 2 tygodnie w Egipcie opalając się na plażach, bawiąc na dyskotekach i zwiedzając Egipt. W myślach wychwalałam moich rodziców za to, że podarowali mi tą wycieczkę za doktorat. Oni zawsze wiedzieli, co jest mi najbardziej potrzebne.
Wylądowaliśmy, stewardesy zaczęły kierować tłum do wyjść w przedniej i tylnej części samolotu. Po wyjściu z samolotu weszliśmy do autobusu, który zawiózł nas do terminalu oddalonego ok.1 km od naszej obecnej pozycji. Po odprawie przewodnik zaczął prowadzić nas do autokaru, który następnie zawiózł nas do hotelu.
Na zakwaterowanie mieliśmy godzinę. Później czekał na nas przepyszny obiad, po czym wyjechaliśmy zwiedzać kompleks piramid w Gizie. Jechaliśmy tam około godziny.
To, co zastaliśmy było niesłychane, piramidy nie wyglądały tak jak na wszystkich ich zdjęciach, w rzeczywistości były o wiele większe i piękniejsze. Niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu na podziwianie ich. Musieliśmy się spieszyć, żeby zdążyć zobaczyć wszystkie miejsca przed zamknięciem obiektu.
Na początek poszliśmy zwiedzać wnętrze piramidy Cheopsa. Gdy tylko do niej weszłam poczułam ekscytację i chęć zobaczenia, co kryje się w dalszych korytarzach. Wewnątrz czułam się jak w labiryncie tyle, że tu nie czułam zagrożenia z tego faktu, bo wiedziałam, że nad bezpieczeństwem czuwają opiekuni grupy.
Po pewnym czasie rozwiązało mi się sznurowadło, więc przykucnęłam i chciałam je zawiązać, niestety okazało się, że powstał na nim supeł, starałam się go rozwiązać, ale było coraz ciemniej i nic nie mogłam zobaczyć. Przeraziłam się, gdy uświadomiłam sobie, że to światło pochodziło z mojej grupy, od której zbytnio się oddaliłam, zaczęłam biec w ich kierunku, skręcałam w różne korytarze, starając się ich znaleźć. Wpadłam w panikę, zaczęłam i wołać, krzyczeć. Niestety to nic nie dało, byłam przerażona, roztrzęsiona i samotna.
Nie wiedziałam, co robić, byłam zdesperowana, biegałam po korytarzach z włączoną komórką by coś widzieć. Nagle mnie coś olśniło, mogłam zadzwonić do przewodnika i powiedzieć mu, że się zgubiłam. Poczułam niesłychaną ulgę, ale tylko do czasu, gdy zauważyłam, że nie ma zasięgu.
Wszystkie moje wcześniejsze uczucia wróciły ze zdwojoną siłą, po około 2 godzinach nie miałam już siły. Usiadłam przy ścianie i zaczęłam myśleć, co się ze mną stanie, widziałam nie raz, jakie katusze przeżywają ludzie po długim okresie nie jedzenia, w skrajnych przypadkach ich ciało w tedy nie chce przyjmować żadnego pożywienia, co prowadzi do śmierci lub trwałego uszkodzenia narządów.
Sięgnęłam do torby, w której zaopatrzyłam się w prowiant, tak jak radził przewodnik, ale niestety było tego bardzo mało, przecież nie sądziłam, że zgubie się w największej piramidzie świata. Musiałam dobrze podzielić to, co miałam bym utrzymała się przy życiu jak najdłużej.
Później zaczęłam rozmyślać czy ktoś zorientuje się, że mnie nie ma, bo przecież przyjechałam tu sama. Miałam tylko nadzieję, że moja współlokatorka zauważy moje znikniecie. Musiałam być przygotowana na wszystko.
Ciemność i zimne mury napełniały mnie strachem i przerażeniem. Nie mogłam zasnąć przez dwie pierwsze noce, a głowę miałam ciągle pełną przerażających myśli o moim losie.
W piramidzie byłam już 6 dni i można powiedzieć, że pogodziłam się z tym, co się ze mną stanie. Siódmego dnia miałam zwidy, bałam się zaufać moim zmysłom. Zapasy jedzenia i wody skończyły mi się trzy dni temu, wiedziałam, że zostały mi najwyżej dwa może trzy dni.
Straciłam nadzieję, że ktoś mnie uratuje i leżałam tak z tą myślą, gdy usłyszałam jak by głosy i słabe światło, myślałam, że to był wytwór mojej wyobraźni, ale to było coś innego. Napełniło mnie to ponowną nadzieją. Zaczęłam krzyczeć, najgłośniej jak umiałam. Nie wiedziałam, co robić, nie słyszałam już głosów, ale światło na końcu korytarza się jeszcze tliło, więc chwyciłam plastikową butelkę i zaczęłam uderzać nią o ściany i podłogę z całej siły.
Światło zgasło, znów zostałam samo pośród grubych, chłodnych ścian tego przerażającego labiryntu. Nie wiedziałam, co robić, załamałam się, przegapiłam ostatnią moją szanse na wyjście z tego makabrycznego miejsca.
Ponownie coś usłyszałam, ale to nie przypominało ludzkiego głosu, bardziej szczekanie psa. Byłam podekscytowana, znów poczułam, że mam szanse. Światło znów zaczęło tlić się na końcu korytarza, w którym leżałam, zdawało się, że jest ono z każdą chwilą coraz mocniejsze, usłyszałam kroki. Nagle światło stało się tak mocne, że zaczęło mnie razić, musiałam zasłonić ręką oczy by mnie nie oślepiało.
Po chwili poczułam coś ciepłego, co położyło się obok mnie. Był to owczarek, dzięki któremu zostałam znaleziona. Zaczęłam go głaskać i tulić nie mogłam powstrzymać szczęścia, a razem z nim dostałam ogromny zastrzyk siły, która pozwoliłam mi stanąć na nogi. Po chwili poczułam, że tracę równowagę, czułam, że zaraz upadnę, już przygotowałam się na zbliżający się upadek. Nagle pojawił się jakiś mężczyzna i zatrzymał mnie chroniąc przed upadkiem. W tym momencie złapał mnie i pomógł iść. W jednej chwili poczułam jak całe siły odpływają, zachwiałam się. Podszedł drugi mężczyzna i pomógł mi iść.
Czułam, że opadam z sił, ale wiedziałam, że muszę iść. Byłam wycięczona. Droga się strasznie dłużyła, nie wiem ile szliśmy. Kilkanaście metrów od wyjścia ktoś przylgnął do mnie w gorącym uścisku. Dopiero po chwil zorientowałam się, że to moja mama, ze łzami w oczach ściska mnie z całych sił, jakby nie chcąc uwierzyć, że naprawdę przed nią stoję. Chciałam również się do niej przytulić, ale nie dałam rady. Czułam radość, ekscytacje, euforie, nie mogłam uwierzyć, że ten koszmar minął. Zachwiałam się ponownie.
Gdy wyszłam był środek dnia, straszny upał, a słońce oślepiało. W pierwszym momencie nie zauważyłam grona dziennikarzy, którzy bardzo szybko otoczyli nas i zaczęli zadawać setki pytań, ale nie pamiętam żadnego z nich. Byłam zbyt wyczerpana by o czymkolwiek myśleć.
Z wielkim trudem pokonałam stopień od karetki, usłyszałam jak sanitariusz coś do mnie mówi, ale nie mogłam go zrozumieć, nie znałam arabskiego. Dopiero jakiś mężczyzna powiedział mi, co mam robić. Nie wiedziałam kto to był, nie miałam sił by się tym przejmować. Położyłam się, do karetki weszła moja mama i drugi sanitariusz. Drzwi się zamknęły i karetka ruszyła na sygnale.
Poczułam ukłucie igły w ramię, a następnie mamę, która trzymała mnie za rękę jak by mówiąc, że wszystko jest już dobrze. Poczułam odprężenie. Zasnęłam.
Przy wypisie ze szpital spojrzałam na moje buty, nadal był tam supeł, przez który wszystko się zaczęło.


Polecasz? Tak Nie
(0) Brak komentarzy
Formy wypowiedzi