profil

Kandyd i Pangloss dotarli do kraju nad Wisłą... - opowiadanie.

drukuj
poleca 85% 113 głosów

Treść
Obrazy
Wideo
Komentarze

Kandydowi wydawało się iż wszystko, co miał w swym życiu zobaczyć i zakonotować w swej świadomości zdążył już obejrzeć i spamiętać, jednak to co w tym momencie ukazało się jego oczom przerastało wszelkie Kandyda wyobra-żenia o czymkolwiek.
- Kandydzie, stwierdzam, iż należało by rozejrzeć się po tej dziwnej kra-inie, czy nie mam racji? - zapytał mistrz Pangloss - Pominąwszy to, że nie posia-damy pieniędzy... Kandydzie - ciągnął - zechcij drogi przyjacielu, spenetrować okolicę w poszukiwaniu jakiegoś odzienia.
Kandyd pomaszerował więc w poszukiwaniu ubrań przystających mniej więcej do kanonu mody panującej w owej dziwnej krainie, w której się właśnie znajdował. Kroczył przed siebie z wielką swobodą, w mniemaniu, iż przywilejem rodzaju ludzkiego, jak i bydlęcego, jest posługiwać się własnymi nogami wedle upodobania. W pewnej chwili przystanął otwierając ze zdziwienia usta. Jego o-czom ukazał się bowiem nader dziwny widok - po chodniku bardzo chwiejnym krokiem, z trudem trzymając się na nogach, szedł jegomość z butelką w ręku. Miał na sobie podartą koszulę i nie pierwszej czystości spodnie. Buty jego, jeżeli w ogóle można je było nazwać butami, przypominały raczej malutkie kawałki starej, sparciałej skóry powiązanej cieniutkimi sznureczkami.
- Śmiem mniemać, iż nie jest to przedstawiciel całej ludności zamieszku-jącej ten kraj... - wyszeptał Kandyd ze zdegustowanym nieco wyrazem twarzy, gdyż ten strój nie przypadł mu do gustu. Postanowił jednak udać się za pijakiem, chociażby po to, aby sprawdzić, co ten będzie dalej robił.
Szli zatem obaj - pijak i Kandyd. W pewnej chwili pijak zatrzymał się - jeżeli można tak powiedzieć, bo cały czas „wiatr” zwiewał go na różne strony - pod barem mlecznym „Pulpecik”. Uwagę Kandyda zwróciło kilku mężczyzn u-branych dosyć elegancko (przynajmniej bardzo starali się być eleganccy), w garnitury w kolorach wręcz jaskrawych, a każdy z nich był „pod krawatem”, któ-ry absolutnie kolorem nie przystawał do reszty odzienia.

Siedzieli przy obdrapa-nym stoliku na metalowych nogach. Na blacie oprócz opróżnionej do połowy, lub jak kto woli - do połowy pełnej butelki alkoholu, rzucony był kawałek zielonej materii, dość pogniecionej i poplamionej jakimiś płynami. Mężczyźni rozdawali pomięte kartki papieru, na których było napisane:
•Polska Partia Przyjaciół „MISIA”•
My, jako naród rozsądny żądamy przywrócenia
w barach mlecznych widelcy przymocowanych
za pomocą łańcucha i przykręcania
metalowych talerzy śrubami do stołów.
Kandyd zastanowił się chwilę i zapytał jednego z rozdających kartki.
- Pan wybaczy, ale dlaczego naród żąda zastawy stołowej przytwierdzo-nej na stałe? - było to bowiem coś, czego naiwny z natury swej Kandyd nie ro-zumiał.
- To dopiero poczatek naszych obywatelskich żądań - krzyknął podekscy-towany mąż chuchając przy tym Kandydowi w twarz wonią nieznaną.
- Pan jesteś chory?- spytał z troską Kandyd. - To coś z żołądkiem, żeś musiał wypić miksturę o tak paskudnym smaku przygotowaną przez curylika?
- To polityka! - huknął gromkim głosem mężczyzna. - Jako polityk jestem zdrowy, niezależnie od tego, czy mam chorą goleń pomroczną, czy instynkt łow-czy nakazujący mi tropienie agentów.
Kandyd zdumiał się jeszcze bardziej. Słowa nie pasowały do siebie, jak dzień do spania, koń do łodzi, a but do ręki. Cóż bowiem talerz i łyżka przy-twierdzone do stołu mają do polityki? Co z kolei lekarstwo na spirytusie do nogi, a myślistwo do...
- Zacny panie, zacznijmy od końca. Nie ma skutku bez przyczyny. To zwykle agent poluje, tropi, a nie odwrotnie.
Tu z kolei mężczyzna otworzył usta ze zdumienia.
- Pan chyba nie stąd jesteś?
- Istotnie, przywiodły mnie tu dalekie drogi, morza nieprzebyte. Widzia-łem już dużo dziwnych rzeczy, w wojsku byłem, Bułgarów poznałem, nawet pi-łem zdrowie ich króla, ale to, co pan mówisz zdumiewa mnie niepomiernie, zara-zem jednak napawa ciekawością.
- Chłopaki, patrzcie - mężczyzna zwrócił się do swych towarzyszy. - Ten facet nic nie kuma.
Nim Kandyd zdążył cokolwiek powiedzieć od stolika podniósł się mło-dzian potężnej postury, odziany w jaskrawofioletowy, sfatygowany garnitur, czerwony krawat i koszulę non-iron (że materiał się tak nazywa Kandyd oczywi-ście nie wiedział, ale ponieważ nie była to jedyna rzecz, której nie wiedział, nie zastanawiał się nad tym).
- Posluchaj pan. My, jako naród, czyli jego przedstawiciele, żądamy od rządu, by przywrócił świat, który kochamy. Było nam wtedy dobrze, miło, nie było bezrobocia, bezdomnych, minimum socjalnego i budżetu.
- Minimum socjalnego? Co to?
- Nieważne, nieważne szczegóły, ważna idea. A idea jest taka, zeby wrócił nasz wspaniały świat. Jak zbierzemy odpowiednią ilość podpisów, złoży-my obywatelską inicjatywę w sejmie, wygramy wybory, wejdziemy do sejmu, założymy koalicję, przejmiemy władzę i przytwierdzimy te łyżki i talerze do sto-łów. Rozumiesz pan?
- Nie szanowny panie, nie pojmuję ani słowa.
- To podpisz?
- Jakże mogę podpisać, kiedy nie rozumiem co szanowny pan mówi?
- U nas, nad Wisłą, nie trzeba rozumieć, żeby podpisać.
- A czy może mi pan powiedzieć, co u was nad Wisłą trzeba zrobić, by zdobyć jakieś odzienienie? Obiecałem Panglossowi, że zdobędę coś.
- Podpiszesz, dostaniesz ciuchy, jeśli przypadkiem o to ci chodzi.
Zastanowił się Kandyd nad tą propozycją. Bylo mu coraz bardziej zimno, Pangloss czekał i jemu niewątpliwie także doskwierało to nieprzyjemne uczucie. Jeśli podpisanie miało oznaczać, że otrzyma odzienie, to być moźe należałoby podpisać. Szybko wziął podany mu ołowek i złożył zamaszysty podpis. Wtedy dopiero zauważył, że obok niego stoi Pangloss.
- Czy słyszałeś, co zaproponował mi ten człowiek? Co miałem uczynić? Podpisanie tego oto papieru ma nam wszakże dać odzienie. A przyznasz, że nie zobowiązuję się tym podpisem do niczego.
- Panie, u nas nigdy podpis nie zobowiązuje do niczego w polityce - dodał potężny młodzian.
- Dziwny kraj, nader dziwny, ale może przyjazny - powiedział wolno i niepewnie Pangloss. - Więc gdzie to odzienie? Skoro przyjąłeś obietnicę za dobrą monetę, nie powinniśmy dłużej marznąć. Więc kiedy dostaniemy coś ciepłego do włożenia na nasze grzbiety panie?
- Jak wygramy wybory, to jasne. Jak się nie podoba, to dostaniecie po grzbiecie. A teraz spadajcie - roześmieli się młodziankowie, a gdy wracali do swego stolika, Kandyd otrzymał kilka mocnych razów w potylicę,.
Legł na ziemię. Miał twarz zalaną krwią, nos złamany i wybite trzy zęby. Pangloss nachylił się nad nim.
- Wybacz Kandydzie, ale twoja wiara w prawdomówność człowieka jest z gruntu skazana na niepowodzenie. Jeżeli myślisz, że w tym kraju polityk da ci to, co obiecał... - zastanowił się chwilę - jesteś w błędzie, jedyne co ci da, to da ci po głowie, gdy tylko upomnisz się o swoje. I to cię właśnie spotkało, a mogłeś przecież, drogi przyjacielu, skorzystać z przywileju posiadania nóg i oddalić się stąd.
To powiedziawszy Pangloss skierował się do znajdującego się w pobliżu sklepu z używaną odzieżą.


Polecasz? Tak Nie
Podobne tematy:
Komentarze (3) Brak komentarzy
27.7.2006 (14:17)

bardzo oryginalne

27.7.2006 (14:12)

nie czytalam kandyda nie wiem czy to fragment z ksiazki czy co, ale mi sie podobało :D

27.7.2006 (14:12)

Przydałby sie jakis komentarz, że to nie jest tresc kandyda, tylko wlasna czesc :P.

Teksty kultury