profil

„Jesteś Czerwonym Sępem, ostatnim potomkiem plemienia Czarnych Wężów. Opowiedz historię swojego życia.”

poleca 84% 860 głosów

Treść
Grafika
Filmy
Komentarze



Sachem, co znaczy wódz, nie jestem w rzeczywistości przywódcą indiańskiego plemienia. Stanowię natomiast największą atrakcję w cyrku. Przyjeżdżając pewnego dnia do miasta Antylopa w Teksasie, osiedla położonego na terenach niegdyś będących własnością przodków Czerwonego Sępa – mnie. Ich tragiczna historia zadecydowała o moim losie i kolejnych latach życia.
Mieszkańcy Antylopy przed laty napadli na uśpioną Chiavattę. Osadę Czarnych Węży spalili, Indian wycieli w pień. Uratowali się tylko nie liczni wojownicy, którzy podczas rzezi byli na polowaniu. Na miejscu zniszczonej Chiavatty wyrosło niebawem dostatnie miasto Antylopa, zasiedlone przez Niemieckich kolonistów.
Właściciel cyrku znalazł na Planom de Tornado umierającego starego Indianina z dziesięcioletnim chłopcem, który okazał się synem zabitego sachema Czarnych Węży i jego następcą. Chłopcem tym byłem ja. Cyrkowcy zajęli się mną, nauczyli mnie sztuki akrobacji. Miałem nie tylko chodzić po linie, ale i straszyć żądnych mocnych wrażeń widzów indiańskimi pieśniami, okrzykami wojennymi plemienia ojców. Tak więc jako potomek niegdyś wspaniałego, dumnego i wojowniczego szczepu stałem się cyrkową atrakcją. Budzącą szczególną ciekawość w Antylopie, gdzie przecież występowałem na grobach przodków.
Wciąż jeszcze zachowywałem imponujący wygląd. Ponoć byłem dumny jak król, twarz miałem wykutą z miedzi, podobną do głowy orła. Chodziłem uzbrojony od stóp do głów. Robiłem na cyrkowej publiczności duże wrażenie, w czasie występu bano się mnie, obawiano się zemsty za nie tak przecież dawną masakrę rodzinnej wioski. Nic więc dziwnego, że z ulgą przyjęto mój powrót na arenę z wyciągniętą ku widowni blaszaną miską. Chętnie rzucano do niej monety. Po przedstawieniu piłem piwo i jadłem knedle w miejscowej gospodzie.
Opisana przeze mnie część mojego życia mogłaby być wielkim natchnieniem dla pisarzy. Jestem bez wątpienia postacią tragiczną, której przykład posłużyłby nie tylko do zasygnalizowania problemu rzezi amerykańskich Indian w XIX w. ale i pokazania jak nowa cywilizacja zdołała zniszczyć niegdyś tak dumnych wojowników. Przeniesienie potomków wodzów z prerii, myśliwskich szlaków do cyrku jest ostatnim aktem tragedii. Tym bardziej wstrząsającym, że wychowany byłem już przez białych, biernie i pokornie godziłem się odgrywać narzuconą mi rolę. Pamiętałem o wspaniałej przeszłości tylko wtedy, gdy wymagał tego sam spektakl.
Upadek, upodlenie mnie jest czymś w rodzaju ostrzeżenia : człowieka można zabić nie tylko w sensie fizycznym, można również zniszczyć jego duszę, charakter. Za miskę strawy odebrać mu godność i człowieczeństwo. Do tego spowodować, że w nowej roli poczuje się nieźle.
Piszę to z doświadczenia, gdyż sam zostałem w ten sposób traktowany, poniżany. Niestety moja sytuacja była bardzo trudna, w przypadku mojego innego zachowania zostałbym zabity jak całe moje plemię.
W dalszych latach do 26 roku życia występowałem w cyrku. Później odeszłam jak wszyscy inni cyrkowcy, gdyż zmarł dyrektor. Wziąłem ślub z piękną Indianka, którą poznałem przypadkiem, ocalała ona w całkiem inny sposób niż ja, była z innego plemienia. Urodziła pięcioro dzieci, niestety przy porodzie ostatniego zmarła. W wychowywaniu naszych pociech pomagała mi jej siostra. Po 2 latach wzięliśmy ślub. Dalsze życie spędziłem w Europie wraz z rodziną. Teraz mam 82 lata i chętnie (swobodnie) opowiadam wnukom historie plemienia Czarnych Węży i mojego życia.

Podoba się? Tak Nie

Czas czytania: 3 minuty