profil

Moja najbardziej szalona podróż

poleca 85% 105 głosów

Treść Grafika
Filmy
Komentarze
szwecja

To była niedziela 1 sierpnia 2004 roku. Tego dnia zaczęła się moja najwspanialsza i chyba najbardziej zakręcona podróż, jaką do tej pory przeżyłem. Zaczęła się ona w Gdyni, gdzie wraz z moim kuzynem Grzesiem i jego tatą wsiedliśmy na prom do Szwecji. Płynęliśmy tam na spotkanie z moją kuzynką Asią, siostrą Grzesia i ich mamą. Podróż przez morze do Karlskrony zajmuje około 12 godzin, więc na pokładzie promu spędziliśmy wiele szalonych chwil, ale również kilka nudnych ze względu na ograniczoną przestrzeń do zabawy. Wieczorem jednak tego dnia zawinęliśmy do portu w Karlskronie, gdzie ciocia Dorota, mama Grzesia i Aśki, czekała na nas z wielką radością. Po dotarciu do domu byliśmy tak zmęczeni, że tylko jeszcze porozmawialiśmy trochę i po zażyciu kąpieli poszliśmy spać.
Kilka następnych dni spędziliśmy na wspólnych zabawach z Grzesiem i Asią, bo ciocia była zajęta swoją pracą zawodową. Nasze zabawy sprowadzały się głównie do gry w piłkę, oglądania TV lub pokonywania następnych poziomów w grach komputerowych. Często też dochodziło do drobnych sprzeczek w czasie zabaw, ale staraliśmy się szybko o nich zapominać. Karlskrona jest teraz miejscem, w którym ciocia mieszka wraz z Grzesiem na stałe, więc korzystając z okazji mój kuzyn zapoznawał mnie z najbliższą okolicą podczas spacerów. Popołudnia jednak poświęcaliśmy na planowaniu i przygotowywaniu naszej wspólnej wielkiej wyprawy na podbój Francji.
Szóstego sierpnia po południu ciocia rozpoczęła upragniony przez nas wszystkich urlop i po załadowaniu samochodu wyruszyliśmy w końcu w szaloną podróż. Pierwszy etap skończyliśmy bardzo szybko, bo po przejechaniu niecałych 200 km w mieście Malmoe, gdzie zatrzymaliśmy się na pierwszy nocleg pod namiotem. Całe szczęście, że pogoda dopisała, bo namiot rozbijaliśmy późną nocą w wielkim pośpiechu, więc nie wiadomo, co by było, gdyby nagle spadł deszcz.
Następnego dnia, czyli 7 sierpnia, po krótkiej nocy wstaliśmy niezbyt mocno wypoczęci, ale pełni zapału, do dalszej drogi. Przed wyjazdem poszliśmy jednak z Grzesiem podziwiać wspaniałą konstrukcję, którą jest most łączący Szwecję z Danią, a liczący sobie około 30 km długości. Zrobił on na nas ogromne wrażenie. Po spakowaniu obozowiska wskoczyliśmy do samochodu i jazda w dalszą podróż, której trasa wiodła właśnie między innymi przez podziwiany przez nas wcześniej most. Do dzisiaj pamiętam dobrze ten odcinek naszej wyprawy chyba głównie ze względu na to, że koszt przejazdu tą drogą pochłonąłby całe moje wakacyjne kieszonkowe i jeszcze trochę gdybym to ja miał go pokryć z własnej kieszeni. Po pokonaniu mostu z okien samochodu podziwialiśmy piękną Kopenhagę oraz krajobraz Danii. Tego samego dnia dotarliśmy do promu, który przewiózł nas do Niemiec. Podróż tym promem trwała na szczęście znacznie krócej niż przeprawa z Gdyni do Karlskrony, ale i tak zdążyliśmy z Grzesiem zagrać kilka razy na automatach. Ja niestety nie maiłem takiego szczęścia jak mój kuzyn i straciłem tylko co nieco z mojego kieszonkowego. Po mniej więcej godzinie czasu spędzonej na wodzie ponownie mknęliśmy samochodem gdzie oczy poniosą, czyli do miejsca umówionego wcześniej spotkania z naszymi znajomymi, z którymi zamierzaliśmy udać się w dalszą trasę. Był to już drugi ciężki dzień, więc pod dotarciu do miejsca noclegu po krótkiej kolacji udaliśmy się spać.
Ósmy sierpnia, był to już trzeci dzień naszej wyprawy. Plany mieliśmy ambitne, ale dopiero wieczorem miało się okazać co się udało zrealizować. Zgodnie z założeniami wyruszyliśmy w dalszą podróż około godz. 10. Tego dnia droga doprowadziła nas do małego państwa – miasta czyli Luxemburga. Spędziliśmy tutaj prawie cały dzień na zwiedzaniu wspaniałych historycznych budowli. Najmniej zadowolony z tego był Grześ, który znacznie bardziej woli grać w piłkę niż zwiedzać i podziwiać ciekawe miejsca. Ponieważ zwiedzanie jest bardzo męczącym zajęciem po powrocie do miejsca naszego noclegu w Niemczech wszyscy chętnie udaliśmy się na odpoczynek. Tego dnia zobaczyliśmy wiele wspaniałych miejsc, ale i tak sporo pozostało na następną wizytę w tym przepięknym mieście.
Kolejnego dnia, czyli 9 sierpnia wyruszyliśmy już ku głównemu celowi naszej podróży, czyli zamkom znajdującym się nad brzegami Loary. W czasie drogi podjęliśmy jednak decyzję, że zamki zostawiamy na następne dni, a w pierwszym dniu odwiedzamy Paryż. Po dotarciu do tego miasta wszyscy stwierdziliśmy, że najważniejszym miejscem, które musimy koniecznie zobaczyć jest Wieża Eiffla. Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy i pierwsze swe kroki skierowaliśmy na stopnie prowadzące na II poziom widokowy tej budowli. Z tego poziomu wjechaliśmy windą na najwyżej położone dostępne dla zwiedzających tarasy widokowe skąd podziwialiśmy panoramę Paryża. Widok był tak niesamowity, że zapierał dech w piersi, szczególnie ze względu na to, że pierwsze poziomy wieży pokonywaliśmy na piechotę. Po zejściu z tej niesamowitej stalowej konstrukcji udaliśmy się na mały rekonesans po najciekawszych zakątkach tego uroczego miasta. I tak na wizycie w Paryżu upłynął nam kolejny dzień naszej wyprawy i nadeszła pora szukania noclegu. Po dotarciu na pierwszy na naszej drodze camping rozbiliśmy namioty i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
Kilka kolejnych dni mieliśmy poświęcić na zwiedzanie zamków nad Loarą. Pierwszy z nich i chyba najbardziej znany sądząc po ilości aut na parkingach wokół niego i napotkanych w nim osób był jednak Mont St. Michel, który znajdował się u wybrzeży Normandii. Była to wspaniała monumentalna budowla, która w środku wyglądała jak małe, stare miasteczko pełne sklepów z pamiątkami. Następne zamki były również piękne, ale ten pierwszy utkwił mi najbardziej w pamięci chyba dlatego, że obecnie połączony jest on groblą ze stałym lądem, ale wzniesiony został w miejscu, które wcześniej było wyspą odciętą od brzegu.
Oprócz zwiedzania zamków te kilka dni spędziliśmy również na czynnym wypoczynku grając z Grzesiem w piłkę codziennie rano. Był to wyjątkowo trudny czas dla mojego kuzyna, który nie znosi zwiedzania i podziwiania historycznych miejsc.
Po takiej porcji historii następny dzień naszej wyprawy postanowiliśmy spędzić w miejscu, które miało przenieść nas w przyszłość. Miejsce to nazywa się Futuroscope. Wybraliśmy się tam 13 sierpnia. Spędziliśmy tutaj cały dzień, aż do późnych godzin nocnych. Było to niesamowite miejsce, w którym spotkaliśmy niesamowite nowoczesne budowle o przedziwnych kształtach. W każdym takim budynku na wielkich ekranach prezentowane były filmy o różnorodnej tematyce lub prezentowane wystawy dotyczące określonej dziedziny wiedzy. W jednym z budynków znajdowały się symulatory, które pozwalały wspólnie z głównym bohaterem filmu wyświetlanego na ekranie odczuwać np. wrażenia z jazdy kolejką w lunaparku. Wieczorem tego dnia podziwialiśmy pokaz składający się z gry wody i świateł laserowych, który prezentował krótką przygodę pewnej rybki. Niestety opis tej historii był prezentowany w języku francuskim, a my nie znaliśmy tego języka.
Czternastego sierpnia wybraliśmy się na kilkudniowe leniuchowanie na plażach nad Atlantykiem. U jego wybrzeży spędziliśmy ponad tydzień codziennie kąpiąc się w krystalicznej wodzie oceanu. W deszczowe dni, które nadeszły pod koniec naszej podróży zdążyliśmy kupić drobne pamiątki dla rodziny i znajomych, a także zwiedzić jaskinie, w których znaleziono najstarsze w Europie malowidła wyryte na skałach przez człowieka. W jaskiniach tych popłynęliśmy łódką po podziemnej rzeczce. Była to dla mnie bardzo ciekawe, ponieważ o tych jaskiniach uczyłem się na lekcjach historii w szkole.
Dwudziesty pierwszy sierpnia był ostatnim dniem naszego wypoczynku we Francji. Ten dzień spędziliśmy na czynnym wypoczynku, a mianowicie na spływie kajakowym o długości około 36 km. Był to dzień pełen wrażeń, ale i bardzo wyczerpujący więc po dotarciu na camping wszyscy padliśmy ze zmęczenia.
Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Były to najmniej interesujące chwile z naszej wyprawy ponieważ pędziliśmy autostradami w kierunku domu zatrzymując się tylko na posiłki. Kolejną noc spędziliśmy już w hotelu w Niemczech, by następnego dnia rano wyruszyć w dalszą drogę powrotną, która zajęła nam kolejny cały dzień by wieczorem 23 sierpnia wylądować u cioci w domu w Karlskronie. Następnego dnia wraz z moją kuzynką Asią po przepakowaniu naszych plecaków wieczorem wypłynęliśmy w drogę powrotną do Polski.
I tak po dwudziestu czterech dniach podróży ok. 7 rano 25 sierpnia przybiliśmy do nabrzeża terminalu promowego w Gdyni. Tutaj spotkaliśmy się z moimi rodzicami i umówiliśmy na wspólne oglądanie filmów i zdjęć z naszej wyprawy po wspólnym obiedzie z dziadkiem i babcią.
Była to wspaniała podróż i jak dotąd najwspanialsze wakacje w moim życiu. Mam jednak cichą nadzieję, że uda mi się przeżyć podobną przygodę wspólnie z rodzicami i moją siostrą.

Podoba się? Tak Nie

Czas czytania: 8 minut

Więcej informacji