profil

Akcja pod Arsenałem "Kamienie na szaniec" - sprawozdanie.

drukuj
satysfakcja 78 % 94 głosów

Treść
Obrazy
Wideo
Komentarze

Czwarta trzydzieści rano, dwudziesty trzeci marca. Do domu przy Alei Niepodległości sto pięćdziesiąt dziewięć weszło sześciu Niemców, czterech innych zostało na ulicy. Ucieczka była niemożliwa z powodu sześciu maszynowych pistoletów, którymi grozili gestapowcy ludziom w mieszkaniu. Krótka rewizja, następnie Stanisław Bytnar wraz z synem zostali odwiezieni na Pawiak. Około siódmej rano wszyscy przyjaciele Rudego spotkali się i zastanawiali się, jak mogą mu pomóc. Zdanie, które wypowiedział Zośka, odzwierciedlało to, co czuli wszyscy. Mianowicie, że jeszcze nie wszystko jest stracone, że uda im się odbić Janka i nic ich od tego nie powstrzyma. Pośpieszne narady przerywa Andrzej przypomnieniem, że za trzydzieści minut muszą stawić się na zbiórce mającej na celu przeniesienie magazynu materiałów wybuchowych. Zygmunt Kaczyński miał dowiedzieć się, w jaki sposób i kiedy będą przewozić Jasia. Niestety, władze naczelne nie wydały zezwolenia na akcję.
Dzięki harcmistrzowi Florianowi Marciniakowi "góra" pozwoliła, na odbicie więźnia. Trzy godziny przed przyjazdem karetki więziennej trwały gorączkowe przygotowania do akcji. W okolicach skrzyżowania ulic Bielańskiego i Długiej kręciły się trzy oddziały Polaków uzbrojonych w granaty, pistolety i butelki z benzyną. Niedaleko w ruinach znajdowały się pistolety maszynowe. Wszystkim dowodził młody mężczyzna w płaszczu, na pozór nie odróżniający się od zwykłych przychodniów. Dowódcą był Stanisław Broniewski, mimo że odbicie przeprowadzał oddział Zośki.
Kadłubek, który miał zasygnalizować zbliżającą się karetkę, użył fortelu, aby nikt nic nie podejrzewał. Odwrócił się tyłem do punktu obserwacji i oglądał go przez szybę wystawy. Nagle łącznik zerwał z głowy kapelusz i zaczął nim wymachiwać. Orsza dał sygnał, który zrozumieli tylko wtajemniczeni. Od ulicy Bielańskiego jechał patrol niemieckiej żandarmerii, ale się nie zatrzymał, pojechał dalej. Wśród przechodniów gdzieniegdzie widać mundurowych, ale nikt się tym nie przejmował. Wiedzieli, że muszą pomóc Rudemu, bo on zrobiłby to samo dla nich. Na zakręcie pokazało się długo oczekiwane niemieckie auto więzienne. Każdy zaciskał dłonie na broni, jaką posiadał. W tym momencie z pobliskiej bramy wyszedł policjant i zauważył w dłoni jednego z najbliżej niego stojących chłopców pistolet. Ogromnie się zdumiał i zaczął szukać swojego rewolweru. Zośka, chcąc uniknąć niepotrzebnej strzelaniny, ostrzegł Niemca, aby ten odszedł. Mimo to gestapowiec skierował broń w stronę chłopca, jednak Tadeusz był szybszy i wystrzelił.

Niemiec padł na jezdnię, ale zdążył oddać jeszcze kilka strzałów. W tym samym czasie szofer więźniarki zauważył całą scenę i dodał gazu. Kierowca chciał uciec i skręcić w Długą, ale było już za późno. Na jezdnię wybiegli jacyś chłopcy i rzucali w samochód butelkami napełnionymi benzyną. W jednej chwili maska więźniarki stała w płonieniach. Ogień nie oszczędził szoferki. Chcąc się ratować, wyskakiwali z niego ludzie. Szofer nacisnął pedał hamulca i auto wykonawszy krzywy łuk, pojechało powoli w pobliżu arkad Arsenału Warszawskiego.
Jakiś hitlerowiec pobiegł w stronę oddziału granatniczego Alka. Stanął i coś krzyczał. Kopernicki dokładnie mierzył i strzelił. SS-mann padł zabity. Gestapowcy ocaleni z płonącego samochodu strzelali. Polacy nie zostali dłużni, słuchać było również pistolet maszynowy. Po chwili koło niemieckiej więźniarki leżały trzy trupy niemieckich strażników. Do tej chwili wytrzymał tylko jeden z nich. Był tak ukryty, że nie mogły go dosięgnąćpolskie kule. Niemiec nie liczył na wygraną z wrogami, liczył na zwłokę. Próbował ich zatrzymać i poczekać na posiłki. Te straszne chwile przerwał Zośka, wyskoczył zza filara i biegł prosto na SS-manna. Za jego przykładem poszła reszta. Gestapowiec nie wytrzymał i zerwał się, aby schować się za samochodem, ale dosięgła go tam kula.
Alek otworzył tył budy, a więźniowie, którzy na początku nie wiedzieli co zrobić, zaczęli uciekać. Na samym końcu całkowicie wyczerpany wypełznął Rudy. Chłopak był zielonożółty, miał zapadnięte policzki, sińca pod okiem oraz sine uszy. Przyjaciele wzięli go w ramiona i przenieśli go do samochodu, który następnie ruszył. Skrzyżowanie ulic było puste, nikogo. Wszystkie sekcje zaczęły się oddalać, każda inną ulicą.
Grupa granatnicza, pod wodzą Alka szła ulicą Długą. W pobliżu Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej wyszła grupka około siedmiu mężczyzn. Krótkie spojrzenie. Nie wydawali się groźni, więc Polacy pobiegli dalej. W którymś momencie jeden z nich wystrzelił. Trafili Aleksego. Poczuł uderzenie i upadł na chodnik. Dotknął ubrania w tym miejscu, gdzie poczuł ból. Wyczuł ciepłą, lepką ciecz. Spojrzał i zobaczył, ze to krew. Ze strachu nie mógł się ruszyć, ale w tym momencie zobaczył pistolet wycelowany w swoją twarz. Na szczęście ludzie Alka byli w pełni przytomni. Jeden z nich strzelił do tego, który mierzył. Niemiec zwalił się na chodnik, reszta uciekła za bramę i stamtąd ostrzeliwała dalej.
Polacy nie mogli wrócić z powrotem ku Arsenałowi, ale jeżeli się nie przebiją, to nie maja szans. Nagły przebłysk umysłu. Powinni schronić się za murem. Chciał wstać, ale ból brzucha nie pozwolił mu na to. Na szczęście zdołał podeprzeć się na ręku. Wyciągnął z kieszeni granat i rzucił go w bramę, w której schowali się Niemcy. Chwilę potem słychać było eksplozję i rannych. Znaczyło to, że trafił. Sekcja ruszyła naprzód, dwóch kolegów zostaje przy dowódcy. Zatrzymali przypadkowe auto i wciągnęli go do środka. Chociaż ranny, Aleksy zauważył wojskową ciężarówkę, która od dłuższego czasu za nimi jechała. W pewnej chwili obserwowany samochód wyprzedza auto osobowe i zagradza mu drogę. Dowódca od pewnego już czasu trzymał w ręku granat. Kiedy auto stanęło, rzucił w nie granatem. Ledwo towarzysz Alka zdążył je wyprzedzić, samochód wybuchł. Podjechali pod dom dowódcy i wprowadzili go tam, ponieważ sam nie był w stanie ustać.
Pomimo że akcja zakończyła się powodzeniem, to po polskiej stronie również były straty, Mimo rany Alek był zadowolony i wesoły. Tak samo było z Rudym, chociaż bolało go wszystko, ciągle mówił jak bardzo jest szczęśliwy, że nie jest już w więzieniu. Niestety, stan obydwóch przyjaciół był tak ciężki, że nie udało się ich uratować. Po kilku dniach zmarli. Ich otoczenie zbyt ich lubiło, aby nie pomścić tych bestialskich morderstw. Zabito wtedy dwóch najbardziej wyróżniających się swymi metodami gestapowców: Schulza i Langego.


Przydatna praca? Tak Nie
Komentarze (1) Brak komentarzy
7.5.2011 (09:28)

W opisie sytuacji powinien być stosowany czas teraźniejszy.

Teksty kultury